Category:

Podróże

Van Life w Norwegii

by Agnieszka

Norwegia jest Nirwaną Vanlife’u. Różnorodność otaczającej przyrody od wysokich gór, fiordów po rajskie plaże. Tu na pewno znajdziesz coś dla siebie. Norwegia latem może być po prostu jednym z najpiękniejszych, inspirujących miejsc na ziemi, a absolutnie najlepszym sposobem na poznanie jej niekończącego się splendoru jest Van Life.

Plusy Van Life’u w Norwegii

Przyroda w Norwegii

Norwegia należy do jednego z najbardziej malowniczych krajów Europy.Dzika, nietknięta przyroda z niekończącymi się fiordami i górami. Dobrze utrzymane drogi, umożliwiające łatwy dostęp do przyrody, pozwalają doświadczyć życia w naturze.

Populacja Norwegii

W tym pięknym kraju żyje tylko 5 milionów ludzi. Masz dużą szansę na zaparkowanie kampera gdzieś nad Atlantykiem bez bezpośrednich sąsiadów. Będziesz sam na sam z naturą, wiatrem, zachodami i wschodami słońca, śniegiem, zorzą polarną i fiordami. Czyli to, co dla prawdziwego Van Life’u jest istotą podróżowania.

Punkty widokowe Norwegii

Nie musisz wychodzić nawet z samochodu, by podziwiać niesamowite widoki. Jeśli jesteś mniej zainteresowany wędrówkami nie musisz nigdzie chodzić, nie stracisz zbyt wiele. Na wiele szczytów i punktów widokowych, wjedziesz samochodem, a drogi turystyczne pełne są pięknych krajobrazów i przepięknych parkingów.

Van Life Norwegia

Kempingi w Norwegii

Norwegowie są entuzjastami kempingów, w całym kraju znajdziesz świetną infrastrukturę. Większość kempingów znajduje się w pięknym otoczeniu. Każde większe miasto ma do zaoferowania pole namiotowe, kempingi z dużym zapleczem sanitarnym.

Dzikie miejscówki w Norwegii

Jeśli podróżujesz po Europie kamperem, musisz pobrać aplikację: park4night. Jest tam wiele oznaczonych niesamowitych miejsc, ale podczas podróży znajdziesz też wiele innych, nieoznaczonych, szczególne tych na dzikich terenach lub wysoko w górach, za które nie trzeba nic płacić. 

Van Life Norway

Prawo Allemannsretten

Ponieważ masz swobodę poruszania się po Norwegii, możesz zaparkować swój kamper na łonie natury na noc, tak długo, jak długo będziesz przestrzegał zasad (porządku, ciszy, odstępu 150 metrów od domostw i nierozpalania ogniska). Przy małej populacji i tak dużej ilości dużych, otwartych przestrzeni w Norwegii nie będziesz miał problemu ze znalezieniem miejsca na nocleg.

Drogi w Norwegii

Jazda po Norwegii to prawdziwa przyjemność. Norwescy kierowcy są zwykle zdyscyplinowani i spokojni, chętnie ustępują i czekają tam, gdzie to konieczne. Drogi są dobrze utrzymane, nawet na mniejszych drogach typu „b”. Będziesz pokonywał duże odległości nie widząc innych pojazdów, ale spodziewaj się, że drogi wokół popularnych atrakcji turystycznych będą pełne turystów. 

Van Life Norway

Serwis kampera w Norwegii

Lokalne gminy w całym kraju doskonale zdają sobie sprawę z nawyków podróżowania ludzi i utworzyły w miastach i miasteczkach stacje zrzutowe, ścieków (szarej wody). Znajdziesz je na stacjach benzynowych, większość jest bezpłatna. Jeśli masz toaletę kasetową, również będziesz mógł ją tam zrzucić.

Woda w Norwegii

Jeszcze bardziej niesamowite jest to, że prawie cały kraj jest przygotowany na Vanlife. Prawie wszędzie znajdziesz darmową wodę. (rzadko stacje benzynowe pobierają opłatę)

Internet i zasięg w Norwegii

Norwegia ma jedną z najlepszych sieci 4G w okolicy. Stracisz zasięg, gdy będziesz w dziczy lub u podnóży gór, ale wokół głównych dróg, miast będziesz miał świetny zasięg. Jeśli pracujesz w podróży, nie powinieneś mieć problemów z Internetem

Norwegia Van Life

Minusy Van Life’u w Norwegii

Pogoda w Norwegii

Pogoda w Norwegii to stan umysłu. Spodziewaj się jej zmienności. Poranne przymrozki, silne wiatry, wodospady zalewające drogi, oślepiające słońce czy zacinający w szyby deszcz to norma nawet latem. Jeśli jedziesz po sezonie letnim, koniecznie miej opony zimowe. Dodatkowe halogeny też na pewno się przydadzą, bo drogi są dość mroczne.

Zwierzęta na drogach Norwegii

Jest wiele ostrzegawczych znaków przy drogach informujących o zwierzętach. Są to zazwyczaj: sarny, łosie, ale też pasące się na wolności stada owiec, krów i kóz. Zwierzaki są zarówno atrakcją turystyczną jak i stanowią zagrożenie. Zawsze bądź czujny i jedź ostrożnie.

Van Life Skandynawia

Opłaty drogowe w Norwegii

Krajem tuneli, mostów i promów Norwegia słynie, a ceny za przeprawę nimi mogą naprawdę spustoszyć portfel ( na szczęście jedynie część mostów i tuneli jest płatna). Podobnie sprawa ma się z autostradami i drogami szybkiego ruchu. Opłaty za nie pobierane są na poszczególnych odcinkach przy użyciu systemu AutoPass. 

Jeżeli zamierzasz pokonywać płatne odcinki możesz skorzystać z systemu pre-paid. Na stronie AutoPass możesz założyć konto, zarejestrować pojazd i wpłacić kwotę 200 NOK za depozyt (kaucja). 

Możesz również wybrać możliwość „beztroskiej” jazdy bez rejestracji w systemie komputerowym. Licz się jednak z tym, że po pewnym czasie na twój adres  przyjdzie skumulowany rachunek za skorzystanie z poszczególnych odcinków płatnych (tylko rzeczywisty koszt przejazdów bez kar itp.). 

  • Ceny płatnych tuneli i mostów są dosyć zróżnicowane. Ich ceny można bez problemu wygooglować w Internecie.

Promy samochodowe w Norwegii

Od czasu do czasu będziesz musiał przeprawić się przez fiord promem samochodowym. To nie jest rejs po fiordach, ale szybka przeprawa zaprojektowana tak, aby jak najszybciej dostać się z jednego miejsca do drugiego, trochę jak transport publiczny.

Nie jest to skomplikowane, droga zatrzymuje się bez możliwości skręcenia inną trasą i jest tam rampa dla promu. Mapy Google lub nawigacja satelitarna będą o tym wiedzieć i odpowiednio cię pokierują.

  • Ceny krótkodystansowych promów wahają się w granicach od 80 do 200\250 NOK dla auta (do 6m) z kierowcą + 1 pasażer. (wrzesień 2021)
Van Life Norway

Ograniczenia prędkości w Norwegii

Ograniczenia prędkości na większości dróg w Norwegii wynoszą 80 km/h, co oznacza, że ​​dojazd z miejsca na miejsce zajmuje trochę więcej czasu. Na przykład jazda z Lofotów do Oslo zajmuje aż 30 godzin, ponieważ drogi są kręte, wąskie (mijanki), z tunelami i znacznym ograniczeniem prędkości. 

Mandaty

Możesz zostawić majątek nawet jeśli przekroczysz zaledwie 10 km/h. Za jazdę na podwójnym gazie grozi ci nawet areszt. Policja stoi zwykle ukryta, a pomiary prędkości ukryte na poboczach dróg na kilkanaście metrów wcześniej. Jeśli cię zatrzymają to pewne, że masz mandat. Nie ryzykuj jedź przepisowo, nawet jeśli jest to żmudne.

Paliwo w Norwegii

Ceny paliw w Norwegii należą do jednych z najwyższych na świecie. Na wrzesień 2021 średnia cena jednego litra ON w Norwegii wynosiła średnio 16 NOK. Gdy planujesz liczącą kilka tysięcy km trasę ta różnica staje się na prawdę odczuwalna.

W Norwegii ceny na różnych stacjach paliw potrafią się różnić nawet o ok 4 NOK na litrze. W pobliżu dużych miast (szczególnie na południu) ceny bywają często dużo niższe niż w małych miejscowościach szczególnie na północy kraju. Ceny lubią się zmieniać również w zależności od dni tygodnia czy godziny!

Van Life

Ceny w Norwegii

Podobnie jak każde z państw Skandynawii, Norwegia należy do najdroższych miejsc w Europie, szczególnie dla Van Lifersów z Polski, a ceny w restauracjach należą do ekstremalnie wysokich. Do szczególnie drogich towarów należą alkohol i papierosy, ale też usługi turystyczne powalają. Na jedzenie powinieneś przeznaczyć nawet trzykrotność cen polskich. dlatego zaopatrz się w produkty żywnościowe z długą datą spożycia, sporo zaoszczędzisz.

Kontrole wagi na drogach

Niestety dość często spotkasz na drogach (szczególnie głównych) duże parkingi na których Norweski Zarząd Ruchu Stadvegvesen kontroluje pojazdy. Jeśli twój van, bus wyglada jak samochód dostawczy, licz się z kontrolą. Wszyscy ludzie drogi, wiemy jak ciężko jest utrzymać wagę przy pełnych zbiornikach.

Norwegia

Strony Internetowe i Aplikacje

www.visitnorway.com

www.fjordnorway.no

www.amb-norwegia.pl

www.turistveg.no

www.kieruneknorwegia.pl

www.eurocamping.eu

www.autopass.no

www.statsvegvesen.no

www.ut.no

www.resteplaser.no

park4night 

E-book dla Van Life’u w Norwegii

Napisaliśmy 100 stronicowego e-booka „Samochodem po Norwegii”, znajdziesz w nim wszystkie potrzebne informacje, o drogach, opłatach, mandatach, najpiękniejszych trasach samochodowych. Jest do pobrania za darmo dla ciebie z naszej strony.

Do zobaczenia na trasie!

1 Email

Trollstigen to jedna z najbardziej widowiskowych atrakcji Norwegii, jest to chyba najbardziej niezwykła trasa między Geiranger a Åndalsnes, która przyprawi Cię o dreszcze i przez którą, nie przejedziesz obojętnie.

Złoty Szlak, Trollstigen- Geiranger

Trollstigen zwana Drabiną Trolli (stige po norwesku to drabina) to odcinek drogi 63Trollstigen – Geiranger, zwanej też Złotym Szlakiem, jest najczęściej odwiedzaną Trasą Turystyczną w Norwegii. To jedna z 18. Narodowych Tras Krajobrazowych   w Norwegii, Nasjonaleturistveger.

Jazda drogą Trollstigen

W najbardziej stromej części droga biegnie zygzakiem od najgłębszej przełęczy, aż do szczytu Stigrøra (858 n.p.m.), ta najbardziej stroma część ma 11 ostrych zakrętów o nachyleniu od do 12%. Droga jest niezwykle wąska, a zdecydowana większość zakrętów wymaga od kierowców zmiany kierunku jazdy o prawie 180°.

W rzeczywistości droga jest jednopasmowa, ma teraz szerokość od 4 do 6 metrów. Pojazdy o maksymalnej długości 11 m. mogą jeździć po Trollstigen. Więc autobusy z turystami są stałą częścią krajobrazu. Cały odcinek od Åndalsnes do Valldal wynosi 56 kilometrów, ale cała droga z Geiranger na dno Romsdalen ma 106 km.

Trollstigen

Jazda nad przepaścią

Jazda Trollstigen to dramatyczne i ekscytujące doświadczenie. W niektórych miejscach jest wycięta w górach, w niektórych częściach zbudowana na kamiennych ścianach. Ostre krawędzie drogi odsłaniają przepaść i dno doliny.

Wzdłuż drogi wystają kikuty kamiennych zębów chroniące przed upadkiem w przepaść. Przepiękny most z kamienia naturalnego niesie drogę przez 180-metrowy wodospad Stigfossen, którego woda rozpyla się bryzą na samochodach.

Droga Trolli

Wypadki na Trollstigen

Niestety na Drodze Trolli wypadki zdarzają się tam często, zdarzają się też korki, które powodują wjeżdżające tam autobusy i kampery, pojazdy ledwo mieszczą się w wąskich zakrętach, a kierowcy nie potrafią wymanewrować swojego pojazdu.

Do tego kilkanaście motorów i turystów robiących selfie na zatoczkach i tak już wąskiej drodze ze znakiem M, (M to nie jest parking, a meeting-point, czyli miejsce, gdzie mogą minąć się dwa pojazdy w razie konieczności). Aby tę drogę przejechać naprawdę trzeba być dobrym i rozsądnym kierowcą. 

W 2021 roku na samochód z norweskimi turystami spadł kamień wielkości piłki nożnej. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Ale osuwiska zdarzają się niestety nawet w sezonie, gdy droga jest otwarta.

Brawura powodem wypadków

Co roku dochodzi do poważnych wypadków, w których są poważnie ranni, a do tego jeszcze droga jest pozbawiona zasięgu telefonii komórkowej na odcinku 11 kilometrów, co m.in. utrudnia zgłaszanie wypadków. Niestety najczęściej brak wyobraźni, brawura i brak doświadczenia są powodem tych przykrych incydentów. 

Niestety zdarzają się również śmiertelne wypadki turystów, jak ten w 2019 roku, kiedy to turysta z Litwy robiąc zdjęcie na moście spadł z niego i zginął tragicznie. 

Trollstigen

Drabina Trolli to Arcydzieło Inżynierii

Droga jest arcydziełem ciężkiej i imponującej pracy inżynierskiej sprzed 100 lat. Monumentalny system dróg wije się 11. pętlami wzdłuż stromych zboczy gór. Każdy zakręt ma swoją nazwę, często od nazwiska brygadzisty odpowiedzialnego za zakręt, który zbudował wraz ze swoją ekipą.

Jest to też wykwalifikowane rzemiosło, które pozostawiono na stromym zboczu góry, co oznacza, że ​​dziś można jeździć pod górę dawnym szlakiem turystycznym. Budowa drogi kosztowała około 1,8 mln koron.

Historia Trollstigen

W dawnych czasach Trollstigen był ważnym szlakiem letnim między Valldal w Sunnmøre i Åndalsnes u podnóża Romsdalen. Wtedy była to tylko wąska, stroma ścieżka, gdzie ludzie i konie byli w wielkim niebezpieczeństwie. Ważnym powodem połączenia z górą był duży coroczny targ na farmie Devoll

Najpierw jako ścieżka, potem jako ścieżka do jazdy konnej, aż do obecnej asfaltowej drogi Trollstigvegen, została uruchomiona w 1916 roku. Jednak dopiero po otwarciu drogi przez Jego Wysokość Króla Haakona VII w 1936 roku Trollstigen stała się magnesem turystycznym. 

Części oryginalnej ścieżki wąwozu są nadal widoczne i możesz je przebyć pieszo. To ekscytująca alternatywa, jeśli chcesz doświadczyć drogi takiej, jaką była w dawnych czasach.

Kiedy otwierają i zamykają Trollstigen

Odcinek drogi jest zamknięty w zimie i zwykle otwarty od połowy maja do jesieni, gdy spadnie śnieg. W 2014 r. droga była otwarta przez 6,5 miesiąca z rzędu, był to najdłuższy okres jaki został zarejestrowany. Zdarza się, że drogę zamykają nawet w sezonie, bo śnieg osunął się na drogę. 

W zimie jest totalnie nieprzejezdna i całkowicie zamknięta dla ruchu. Cóż natura ma tutaj ostateczne słowo. W kwietniu rozpoczyna się odśnieżanie i wielkie pługi wyruszają na trasę. Nawet jeśli droga jest już przejezdna to, dopóki osuwiska topniejącego śniegu i skał stanowią zagrożenie jest zamknięta dla turystów.

Gdzie sprawdzić kiedy otwierają Drogę Trolli

Status drogi i to każdej drogi w Norwegii, możesz sprawdzić na vegvesen.no. Musisz kliknąć w traffikkmeldinger, wtedy pojawi się mapa z oznaczeniami miejsc i informacją, czy droga jest otwarta, czy jeszcze nie. Wcześniej niż w połowie maja nie ma szans byś pokonał ten odcinek.

Ciekawe miejsca w drodze na Trollstigen

Zrób sobie przystanek przy Trollstigen Camping and Gjestegård, przepiękny parking z ogromnym Trollem na motorze i Trzygłowym posągiem. Tuż przy parkingu jest piękny kamping i kawiarnia, gdzie zjesz Trollowe lody.

Na jednym z parkingów przy drodze jest jedyny w Norwegii znak drogowy Uwaga Trolle. Parking jest niepozorny, ale znak robi furorę. 

Na dole drogi jest jeszcze jeden punkt widokowy, parking, dający widok na serpentynę od dołu, ale to właściwie most Stigfossbrua i wodospad Stigfossen robią tutaj robotę.

Stań na małym parkingu tuż przy kamiennym mostku przy wodospadzie Stigafossen, poczujesz bryzę lodowatego górskiego strumienia na twarzy.

Punkt widokowy Trollstigen

Najwyższy punkt na drodze znajduje się na wysokości 852 m n.p.m. Wystaje 200 metrów nad przepaścią z oszklonym tarasem na skraju klifu z widokiem na słynną krętą drogę poniżej. Z góry widać jak na dłoni całą dolinę Isterdalen.

Na szczycie Trollstigen znajdują się punkty widokowe i stalowe chodniki, pod którymi przepływa woda i które pozwalają zbliżyć się do dramatycznych gór i wodospadów. W budynku usługowym znajduje się kawiarnia Trollstigen Kafe z panoramicznymi oknami.

Architektura zgodna z naturą

W nowej świetności i nowym budynku usługowym znajdują się sklepy z pamiątkami z lokalnym rękodziełem, toalety, parking, piękne lustra wody, a także pomosty i ścieżki widokowe. Płaskowyż Trollstigen ma dwa spektakularne punkty widokowe, które zapewniają pełny widok na okolicę. 

Zostały zaprojektowane przez Reiulf Ramstad Architects. Wszystko jest zbudowane ze stali i szkła i zapewnia dobrą ochronę przed niepogodą. Konstrukcja została zaprojektowana tak, aby wtapiała się w otoczenie, niektóre części są wykute w skale, a inne części zbudowane są na kamiennych ścianach w ścisłej interakcji z naturą.

Trollstigen w szczytach gór

Trollstigen jest otoczony potężnymi górami o wysokości do 1600 m n.p.m. Na zachód znajdują się góry Biskup Bispen (1462 m n.p.m.), Król Kongen (1614 m n.p.m.) i Królowa Dronningen (1544 m n.p.m.). Na wschodzie znajdują się góry Stigbottshornet (1583 m n.p.m.) i Storgrovfjellet (1629 m n.p.m.). 

Tutaj rzadko jesteś sam

W szczycie sezonu około 2000 samochodów przejeżdża obok płaskowyżu Trollstigen. Oznacza to, że co 10 sekund samochód przejeżdża przez ten popularny punkt widokowy wypełniony pielgrzymkami turystów.

Drogę Trollstigen odwiedza rocznie ponad 700 tysięcy turystów z całego świata. Niestety tak ogromny ruch kołowy może spowodować zamknięcie drogi za kilka lat z powodu zbyt dużej eksploatacji środowiska i drogi.

Trollstigen Rowerem

Warto, ale jest to droga sceniczna o największej ilości przewyższeń! Najłatwiej jest zacząć jazdę na rowerze w Grotli. Wycieczka rowerowa to trudny, wysokogórski odcinek, ale czeka cię przyjemny zjazd do Geiranger i Geirangerfjord. 

Jadąc przez Geiranger do Åndalsnes, wspinasz się 1000 metrów i zjeżdżasz, znowu wspinasz się Drogą Orłów Ørnesvingen na 600 metrów i znowu zjeżdżasz do Norddalsfjorden, trochę rozluźnienia nabierzesz w drodze na prom, potem znowu się wspinasz na 700 metrów by ponownie zjechać.

Ostatni etap oferuje dość długą wspinaczkę 500 metrów, ale na szczycie Trollstigen i podczas zjazdu do Åndalsnes zrekompensujesz sobie wysiłek.  Łącznie będziesz musiał pokonać przewyższenia 2300metrów w wypadku obrania kierunku ze Stryn. Nieco mniej wychodzi, jeśli pojedziesz od strony Ottdalen.

Możesz też wybrać krótszy odcinek trasy, czyli wjechać i zjechać po Trollstigen. Najlepiej żebyś zostawił swój samochód na pięknym parkingu Trollstigen u podnóża drogi i stąd ruszył tam i z powrotem. Ten odcinek i tak jest bardzo wymagający. 

Rower z wypożyczalni

Ale i tak coraz więcej osób decyduje się na pokonanie tego odcinka rowerem. W centrum Åndalsnes znajduje się zwykła wypożyczalnia rowerów, a w hotelu Aak również w Åndalsnes, mają rowery elektryczne, jeśli chcesz wygodniej dostać się na szczyt.

W szczycie sezonu na odcinku Geiranger- Trollstigen panuje duży ruch, często organizowane są też maratony rowerowe, dlatego zachęcamy cię do odbycia podróży na początku czerwca lub września albo wczesnym rankiem.

Trollstigen Motorem 

Trollstigen to marzenie każdego szanowanego się motocyklisty Każdy kraj, do którego podróżują motocykliści, ma swoją sławną, górską trasę. Norwegia ma wiele górskich dróg, ale jedna z nich ma sławę jak żadna inna to właśnie Droga Trolli.

Według ankiety confused.com norweska droga okrzyknięta została jednym z najatrakcyjniejszych miejsc dla motocyklistów na letnie eskapady w 2021 roku.

Droga w całości pokryta jest asfaltem. Zdarzają się odcinki tak wąskie, że przejazd możliwy jest tylko dla jednego samochodu. 11 legendarnych agrafek na środkowym odcinku trasy wywołuje radość u niejednego motocyklisty. 

Proponowana trasa ma odcinki o górskim charakterze. Pomimo spokojnego ruchu drogowego, może być mocno obciążająca dla początkujących. Na serpentynach konieczne jest dobre opanowanie motocykla.

Narty na Trollstigen

Tutaj często są świetne warunki na narciarskie wyprawy szczytowe, aż do czerwca. Zaraz po otwarciu drogi miłośnicy narciarstwa biegowego okupują wszystkie szczyty doliny Trollstigen, pokrytej białym śniegiem, który daje idealne warunki do tego by zjechać nartami okolicę. Wszystkie parkingi i pobocza drogi są zastawione samochodami i kamperami.

Piesze szlaki Trollstigen

Trollveggen

Bardzo ważną informacją, szczególnie dla miłośników aktywnego wypoczynku jest fakt, że to właśnie tu zaczyna się szlak na Ścianę Trolli. Jest to też miejsce ikoniczne dla miłośników base jumpingu. Na mapach może być on widoczny jako Stabbeskaret. Przy końcu jest widoczne rozgałęzienie, na pierwszy punkt widokowy (prawo) lub na Store Trolltind (lewo). To całodniowa wyprawa.

Mannen

Trudny, ale łatwiejszy teren niż szlak do Stabbeskaret. (3 – 4 godziny w jedną stronę).

Bispevatnet

Stosunkowo łatwa wycieczka do jeziora polodowcowego naprzeciwko Trollstigen. (1godzina w obie strony). U podnóża Trollstigen można wybrać się na prostą wycieczkę wzdłuż rwącej rzeki. Ścieżka z Trollstigen do Bispevatnet zachęca do spokojnego spaceru pod potężnymi górami.

Kløvstien

Szlak wzdłuż drogi na który możesz wspiąć się starym szlakiem wąwozu, który został odrestaurowany i jest ulubionym i ekscytującym szlakiem turystycznym dla tych, którzy chcą doświadczyć Trollstigen na piechotę. 

Droga przecina również charakterystyczny wodospad Stigfossen z imponującym mostem z naturalnego kamienia. Średnio wymagająca wyprawa w trudnym i stromym terenie, (2 – 3 godziny w jedną stronę). Szlak przecina drogę w punktach i łączy się ze ścieżką, która prowadzi do Åndalsnes

Wycieczki z przewodnikiem 

Dla własnego bezpieczeństwa możesz wybrać się na wycieczkę z lokalnym przewodnikiem, lub możesz dołączyć do wycieczki, (informacja znajduję się w centrum turystycznym przy kawiarni), bo to trudny teren, często prowadzi krawędziami szczytów z odsłoniętymi częściami skał, mnóstwem szczelin i dużych głazów na które trzeba się wspiąć i ogromnymi przepaściami. Ale zobaczysz najpiękniejsze widoki jakie zapewnia Norwegia, zatem warto.

Kiedy najlepiej fotografować Trollstigen

Zachód i wschód niestety nie wchodzą w grę. Zarówno zachód jak i wschód oświetlają jedynie czubki gór dookoła. Te są za wysokie i nie ma opcji by nawet odrobina tego światła przemknęła w głąb doliny. Najlepsze są godziny popołudniowe, przy pełnym słońcu i najlepiej kilku chmurach.

W czasie deszczu lub przy niskiej podstawie chmur, Trollstigen traci sporo swojego uroku. Jeśli zależy ci na udanych zdjęciach, warto wybrać się tam przy ładnej, słonecznej pogodzie.

Pogoda na Trollstigen

Jeżeli chcecie sprawdzić pogodę, najlepiej wpisać miasto Åndalsnes. Na stronie Yr.no czy Storm.no możesz sprawdzić pogodę w całej Norwegii

Niestety pogoda jest jak wygrana na loterii. Musisz liczyć się ze zmiennością temperatur, silnym wiatrem czy niskimi przysłaniającymi całą dolinę chmurami. Deszcz też jest częstym zjawiskiem. Jeśli na dole doliny jest gorąco musisz liczyć się z tym, że u góry na punkcie widokowym jest dużo zimniej, dlatego weź ze sobą kurtkę.

Atrakcje w drodze do Trollstigen

Opisana trasa z powodzeniem może być głównym celem twojej wakacyjnej podróży do Skandynawii.Rozpoczynając ją, warto jednak byś wiedział, że nie tylko Trollstigen będzie na niej warte uwagi!

Flydalsjuvet

Oferuje imponujący widok i jest doskonałym miejscem do robienia zdjęć, z widokiem na Geiranger Geirangerfjorden z licznymi statkami wycieczkowymi. Tutaj robione są niektóre z najpopularniejszych zdjęć podróżniczych w Norwegii. 

Flydalsjuvet jest łatwo dostępny w pobliżu drogi nr 63, około. 4 km od centrum Geiranger, kierując się na Grotli. Punkt widokowy jest podzielony na dwa obszary, jeden górny i jeden dolny płaskowyż, z przejściem pomiędzy nimi.

Geiranger i Geirangerfjord

Klejnot w koronie norweskich fiordów.  aby podziwiać fantastyczny, panoramiczny widok na jedno z najpiękniejszych miejsc turystycznych na świecie, które od 2005 roku znajduje się na Liście UNESCO i jest uważane za jeden z najbardziej malowniczych fiordów obszar na naszej planecie.

Ørnevegen

Jadąc dalej droga biegnie niemal nad samą wodą, ale od rozpoczęcia jazdy widzisz nad sobą 11serpentyn Drogi OrłówØrnevegen. Punkt widokowy na drodze numer 63 nieco za miejscowością Geiranger. Punkt lokalizowany jest przy ostatnim, najwyżej położonym zakrętem Drogi Orłów.

To drewniano-metalowa platforma, z której rozpościera się piękny widok na fiord Geiranger oraz miejscowość o tej samej nazwie. Ciekawostką tego punktu jest niewielki wodospad, którego wody płyną po tafli szkła z której opadają tworząc mgłę kropelek. Dogodny parking znajduje się po wewnętrznej stronie zakrętu.

Powyżej serpentyn droga biegnie już prosto wąską doliną, która wkrótce rozszerza się, robiąc miejsce wodom jeziora Eidsvatnet. Nieco dalej dolina zaczyna opadać w dół a ty będziesz krętą drogą jechał po górskim zboczu. Zanim osiągniesz poziom morza, czeka cię kilka niezbyt ostrych serpentyn. W miejscowości Eidsdal znajduje się nabrzeże, do którego przybija prom. Przeprawa promem jest krótka, trwa około 12 minut. 

Gudbrandsjuvet

Po zjechaniu z pokładu promu, twoje trasa biegnie nad wodami fiordu. Pozostawisz go za sobą w miejscowości Valldal, gdzie nie zmieniając numeru drogi, skierujesz się szeroką doliną na północ. Po 15 km dojedziesz do niewielkiego parkingu położonego obok mostu nad rzeką Valdøla. Koniecznie zatrzymaj się w tym miejscu i zobacz niezwykły wodospad Gudbrandsjuvet.

To niezwykła formacja skalna utworzona przez wzburzone wody rzeki Valdøla.  Jest to ultraciekawe miejsce, gdzie spadają one z kilkumetrowego wodospadu do wąskiego kotła skalnego wirując i pieniąc się. Huk jaki towarzyszy wodnej kipieli jest niesamowity.

Platforma widokowa Grudbrandsjuvet

Miejsce to można podziwiać dzięki platformie widokowej w postaci wijących się metalowych kładek. Dają one swobodę wyboru punktu patrzenia i są doskonałym miejscem dla fotografów.

Obok bezpłatnego parkingu i platformy widokowej znajdują się toalety, które warto odwiedzić nawet jeśli nie ma się ku temu fizjologicznych powodów. Są niezwykłym dziełem architektonicznym i wizualną ciekawostką.

Ten kanion rzeczny to istna perełka dla miłośników ekstremalnego kajakarstwa i miłośników kanioningu. Po drugie, to właśnie tam ukryty jest przepiękny hotel z filmu ExMachina. Miejscówka tak bardzo Instagramowa, że już bardziej się nie da.

Trollstigen

Po kolejnych 20 km jazdy czeka na ciebie główny punkt programu, czyli Trollstigen.  Zanim do niej dojedziesz, po prawej stronie zobaczysz spory parking, na którym warto się zatrzymać. Z parkingu czeka cię krótki spacer nad krawędź przepaści, gdzie ulokowany jest punkt widokowy.

Zjazd Trollstigen w dolinę zapewne pozostanie na długo w twojej pamięci. Kręte serpentyny i cudowne widoki warte są długiej podróży przez Bałtyk i drogi Skandynawii. Będziesz miał dużą pokusę, aby tę drogę pokonać tam i z powrotem kilka razy!

Musisz zobaczyć Drogę Trolli

Jazda przez Trollstigen jest bez wątpienia nieco bardziej dramatyczna niż to, do czego większość ludzi jest przyzwyczajona, ponieważ wyjątkowe w jeżdżeniu po Norwegii jest to, że tak naprawdę wszędzie są głazy i kamienie. Nawet na najwęższej półce górskiej lub na małym głazie można zbudować dom czy drogę. W ten sposób poczujesz się połączony z krajobrazem i naturą poprzez to co człowiek stworzył, w którym odnalazł podstawę do życia na przestrzeni dziejów. 

Trollstigen nie można zapomnieć będąc w Norwegii. To miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć, nawet w obawie, iż zza którejś barierki ustawionej na tarasie widokowej, wykradnie się mała, obdarzona długim, pomarszczonym nosem, czteropalczasta istota. Przestrzegamy nieroztropnych turystów przed złośliwymi istotkami. Nie powinno to nikogo dziwić, gdyż jest to miejsce, gdzie populacja Trolli jest z pewnością najwyższa na świecie.

0 Email

Geiranger to najbardziej malowniczy obszar na planecie. Wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO fiord jest zarazem najbardziej idyllicznym krajobrazem, jak i najbardziej niebezpiecznym obszarem w Norwegii. Niestety niebawem może zniknąć z powierzchni kontynentu, zabrany przez kilkudziesięciometrowe tsunami.

Geiranger ma 250 mieszkańców. 700 tysięcy turystów odwiedza rocznie tą zagrożoną zniknięciem miejscowość. Wszyscy chcą zobaczyć wioskę nim fala zabierze wszystko.

W rezultacie Norwegii w ciągu 400 lat miały miejsce 4 duże osuwiska. Bezsprzecznie dotknie to Geiranger w przyszłości. Eksperci zidentyfikowali szereg niestabilnych obszarów górskich, a niektóre z nich są obecnie stale monitorowane. Jednym z nich jest góra Åkneset. To na niej znajduje się duża szczelina w skale, która otwiera się około dziesięciu centymetrów rocznie.

To się już zdarzyło, to się powtórzy

Jeśli wybuchnie Åkneset, Geiranger prawdopodobnie zostanie uderzony 70 metrową falą. Hellesylt 85 metrową falą, która płynąć będzie przez 1,5 km w głąb lądu. W Tafjordzie fala będzie miała 14 metrów wysokości i dotknie nawet Ålesund. Najbardziej narażone są Møre og Romsdal, Song og Fjordane, a nawet Rogaland czy Nordland.

Jak odkryto niebezpieczeństwo

Pewien mały chłopiec Per Åkernes dorastał na farmie Åkerneset w latach 40. XX wieku. Na farmie mieszkały wtedy 24 osoby i utrzymywały się z hodowli kóz. Wzdłuż zielonych górskich zboczy niegdyś dzieci wypasały kozy, podczas gdy głęboki Synnylvsfjord lśnił prawie dwieście metrów w dół pod nimi.

Dzieci pasąc kozy bawiły się na zboczu. Wkładały ręce w szczelinę skalną lub wrzucały w nią kamienie. Latem zakleszczały się w szczelinie, by na wiosnę zniknąć bez śladu w głębokiej przepaści. Pomimo poszukiwań znikały na zawsze.

Pod koniec lat 50. gospodarstwo opustoszało i tak minęło następne 30 lat. Był rok 1983 zanim Per znów powrócił w miejsce starej zagrody dla kóz. Poszedł zobaczyć słynna szczelinę z dzieciństwa, ale zobaczył przerażający widok. Przepaść znacznie się poszerzyła i teraz miała kilka metrów szerokości.

Przestraszył się i powiadomił dziennikarzy z Sunnmørsposten i zabrał ich w góry. Gazeta opublikowała artykuł 31 lipca 1985 roku i zapytała geologów czy jest prawdopodobne, aby skała wybuchła.

Dla władz gminy było to niewygodne. Zagrażało branży turystycznej ( która dla Geiranger generuje znaczne przychody) gmina przemilczała sprawę i nie podejeła żadnych działań. Ale Per nie odpuścił. Jego głos powtarzał się i udowadniał, że szczelina w dalszym ciągu się powiększa.

Doprowadził do tego, że góra od 2007 roku jest pod obserwacją Całodobowego Centrum Ratunkowego w Stranda. Centrum jest gotowe na sytuacje kryzysowe i nieustannie pracuje. Ale nie ma wątpliwości, że kiedy to się stanie, będzie straszny bałagan. Ewakuacja, jakiej jeszcze w Norwegii nie było.

Powstał pierwszy skandynawski film katastroficzny inspirowany przyszłą tragedią

Słynny norweski aktor Kristoffer Joner zagrał rolę bohaterskiego geologa w filmie The Wave, Bølgen. W polskich kinach leciał pod tytułem Fala. Film w pierwszym tygodniu obejrzało prawie 190 tysięcy widzów, ciekawych jak to się stanie, gdy Åkerneset wybuchnie.

Film przedstawia konsekwencje tsunami i fali jaką spowoduje zalewając Geiranger. W filmie nominowanym do Oskara na ewakuacje ludność miała 10 minut, a w rzeczywistości czasu będzie prawdopodobnie kilka tygodni. Geolodzy twierdzą, że scenariusz, który rozgrywał się w filmie jest nieprawdopodobny.

Mieszkańcy miejscowości zagrożonych mają podzielone zdania. Jednych film przestraszył, innych zasmucił jeszcze innych rozbawił. I choć Geiranger jest monitorowane to w dalszym ciągu, jest to najniebezpieczniejsze miejsce w Norwegii. Jednak po filmie wielu turystów chce zobaczyć wioskę z filmu, zanim zniknie z powierzchni ziemi.

Jakie zatem jest prawdopodobieństwo, że to się stanie?

Wyobraź sobie, że co 100 lat mamy 10% szans, że będzie taki scenariusz. Więc, czy możesz spędzić wakacje nad Fiordami? Zawsze pozostanie minimum ryzyka. W bardzo szczególnych przypadkach, jak podczas trzęsienia ziemi, które przecież zdarzają się w Norwegii, osuwisko może zostać wywołane dość nagle. Może też zdarzyć się na obszarach, które nie są stale monitorowane.

Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia jest bardzo niskie. Ale ryzyko jest zawsze. A my powinniśmy być tego świadomi, jeśli chcemy żyć i cieszyć się piękną przyrodą w Norwegii. Zdaniem naukowców prowadzenie samochodu w zachodniej Norwegii jest znacznie bardziej niebezpieczne niż prawdopodobieństwo osuwiska.

Śmiertelne tsunami

Największe tsunami jakie wystąpiło na świecie miało miejsce na Alasce w zatoce Lituya w 1985 roku. Tutaj masyw osuwiska spowodował ponad 500 metrową falę. W XX wieku w Norwegii doszło do trzech osuwisk, powodując śmiertelne fale, które zabrały 175 osób. Pierwsze osuwisko nad fiordami datowane jest 8 tys.lat temu.

Lodalen w Song og Fjordane zostało uderzone dwukrotnie. Pierwszy raz w 1905 roku. 870 tysięcy ton skał z Ramnefjellet wpadło do Lovatnet, wywołując 40 metrową falę i zalewając wioski Nesedal i Bødal. Zginęło 61 osób, a znaleziono tylko 10 z nich. Tsunami zabrało również 94 krowy, 145 owiec, 10 koni i 16 świń.

Drugi raz w 1936 roku. Tsunami tego roku było największe, tutaj fale miały po 74 metry wysokości. Masyw osuwiska miał 1493 metry wysokości i milion metrów sześciennych skały. W obu wypadkach masyw skalny spadł na Lovatnet w gminie Stryn. Łącznie zginęło od fali 135 osób, 41 z nich nigdy nie odnaleziono.

W 1934 roku osuwisko w Tafjord uderzyło w Sunnmøre fala miała 64 metry. W wioskę Tafjord uderzyła 16 metrowa fala zabierając 40 ofiar, z 76 domów które zostały zniszczone. Masyw miał 3 miliony metrów sześciennych skał.

Wybuchowa Góra Åkernesremna

Åkerneset to jeden z najbardziej podatnych na lawiny obszarów Norwegii. Góra jest w ciągłym ruchu a szczelina powiększa się o kilka centymetrów rocznie. Kiedy Åkerneset wybuchnie prawdopodobnie będzie miał 18 milionów sześciennych górotworu. To około jedna trzecia tego, co określane jest jako najgorszy scenariusz spowoduje falę o wysokości 33 metrów.

Fiord podniesie się bezlitośnie na 100 metrów w górę i zniszczy wszystko w drodze do morza. W 12 minut od osunięcia się skał fala uderzy w sieć dróg dojazdowych jakieś 6,5 kilometra od Geiranger i Hellesylt. Jest ryzyko, że rzeka Rauma zostanie spiętrzona. Utworzy jezioro o długości 7 kilometrów, w konsekwencji czego, tama na rzece pęknie od naporu wody zalewając okolice.

Åkernesfjellet ma szczelinę o długości około 600 metrów i szerokości 900 metrów na poziomem morza. Jeśli całe zbocza poluzuje się, 54 miliony metrów sześciennych skały wpadnie do fiordu.

harbitz2.png

To, ile to jest?

Jeśli założymy, że ciężarówka może zabrać 10 metrów sześciennych skały. Samochód ma 10 metrów długości. Korek, który utworzy się na ulicy będzie miał początek w Hellesylt, a koniec w Singapurze i z powrotem. Te same ciężarówki okrążyłyby kulę ziemską jadąc wokół równika.

Warto zauważyć że,jeśli cała góra spadnie na raz potrwa to tylko pięć minut. Ogromna 84 metrowa fala przypływowa dotrze do Hellesylt. 10 minut nim dotrze do Geiranger i 70 metrowa fala zniszczy całe centrum.

Jak uniknąć katastrofy?

Trzeba monitorować niestabilność góry. Osuwiska na szczęście nie pojawiają się bez ostrzeżenia, a w tygodniach lub w miesiącach poprzedzających osuniecie się góry. Ruchy góry będą znacznie szybsze i to już będzie znak i czas na ewakuację. Wszyscy mieszkańcy i osoby przebywające w zagrożonej okolicy otrzymają smsa lub automatyczny telefon z instrukcją, by wiedzieli, co mają robić.

Od 2004 roku Norweski Instytut Geologiczny NGI zaczął badania. Einar Andy przedstawił raport w 2006 roku, w którym Åkerneset został uznany za obiekt wysokiego ryzyka. Åkes Tafjord Contingency IKS czyli między gminna firma jest odpowiedzialna za monitorowanie osuwiska. Jej siedziba znajduje się w gminie Stranda w Sunnmøre.

Instytut jest własnością gmin Møre og Romsdal, Stranda, Norddal, Rauma, Stordal, Ørskop, Sykkyleven, Ørsta i Ålesund. Miejscowości, które zostaną dotknięte katastrofą. System monitorowania należy do najnowocześniejszych na świecie i współpracuje z wieloma krajami na świecie. Wiedza stwarza bezpieczeństwo. A w wypadku dużego zagrożenia włączą się syreny

W hali testowej w Trondheim geolodzy zbudowali dokładny model 1:500 urwiska w Åkerneset. Naukowcy pracują nad sprawdzeniem co stanie się, jeśli osuwisko wpadnie do fiordu.

Warto zauwazyć, że naukowcy dotychczas myśleli, że Geiraner będzie lepiej chronione niż Hellesynt. Dzięki badaniom odkryli, że Geiranger zostanie uderzony przez kilka mniejszych fal. Prawdopodobnie doprowadzą do równie poważnych szkód.

Takie rzeczy się dzieją

W 2014 roku wiele uwagi w Norwegii wzbudziła ewakuacja obszaru wokół góry Mannen w Romsdalen. Obserwacja wykazała wyraźnie zwiększony ruch w górach i obawiano się osuwiska. Na szczęście ruch góry się uspokoił i nic się nie wydarzyło. Ewakuacja była bardzo koniecznym i odpowiedzialnym stanowiskiem. Natura robi swoje, więc to człowiek musi się zabezpieczyć i żyć z ryzykiem. Przede wszystkim mieszkańcy powinni pozwolić się ewakuować. Bezsprzecznie dla własnego dobra i bezpieczeństwa. Niezwykle ważne jest, by mieszkańcy posłuchali władz. Opuścili swoje miejsca na ziemi, nim rzeczywiście katastrofa nadejdzie.

Mieszkańcy najbardziej boją się fałszywego alarmu. Sparaliżuje wszystkich. W rezultacie jeszcze bardziej tego jak później będą musieli z tym żyć. Bo pytanie czy to się stanie, bezsprzecznie nie jest tak ważne jak to, kiedy.

Mając to na uwadze, Kochani śpieszcie się, nim będzie za późno.

4 Email

Trolltunga czyli Jęzor Trolla

by Agnieszka

Trolltunga jest jednym z najniezwyklejszych miejsc na ziemi. Twór o którym zapomniała grawitacja. Norwegowie wierzą, że gdy staniesz na krawędzi jęzora północne wiatry zabiorą ze sobą wszystkie Twoje troski.

Trolltunga jest najbardziej znaną skałą w Norwegii wysuniętą niczym jęzor w 700. metrową przestrzeń jeziora Ringedalvatnet. Wystaje od zbocza góry, 10 km od Tyssedal na płaskowyżu Hardngervidda.

Ta efektowna skalna skocznia przyciąga 100.000 turystów rocznie. Obecnie Trolltunga generuje około 320 milionów dochodów związanych z zakwaterowaniem, wyżywieniem i transportem.

trolltunga

Jak powstała Trolltunga

Jak głosi legenda Trolle oświetlone promieniami słońca zmieniają się z skały. Jeden z nich, wyjątkowo zbuntowany olbrzym na złość legendzie wystawił swój jęzor prosto w słońce i cóż, skamieniał. Czy taka wersja jest wystarczająca, dla geologów zapewne nie, ale czy nie brzmi lepiej niż to że….

Trolltungę wyrzeźbił lodowiec, który pokrywał większość Norwegii i Skandynawskiego lądu. Lodowata woda zmroziła skałę i oderwała od góry pozostawiając tylko skalny kikut, miejscowi nazwali skałę Językiem Trolla.

Ringedalvatnet

Droga na Trolltunga

Samochodem: jedź Rv13 do Tyssedal i kieruj się znakami na P2 Skjeggedal, gdzie znajduje się płatny parking. Możesz również skorzystać z autobusu wahadłowego z Oddy. Jeśli pojedziesz autobusem aż do górnego parkingu P3 Mågelitopp lub zarezerwujesz jeden z niewielu tam parkingów, podróż do Trolltunga będzie krótsza. Stąd powinieneś liczyć 7-10 godzin na 20-kilometrową podróż w obie strony.

Parking P1 TYSSEDAL

  • 220 miejsc parkingowych
  • około 300 kr za dobę 
  • + ewentualnie transport na wyżej położone parkingi P2 i P3
  • trasa 40 km
  • czas 15 godzin
  • różnica wysokości 1040 m
  • całkowita różnica wysokości 2000 m

Parking P2 SKJEGGEDAL

  • 180 miejsc parkingowych
  • około 500 kr za dobę
  • + ewentualnie transport na parking P3
  • droga dla małych kampingów i minibusów do 5,2 m
  • trasa 28 km 
  • czas 8-12 godzin
  • różnica wysokości 800m 
  • całkowita różnica wysokości 1200m

Parking P3 MÅGELITOPP

  • 30 miejsc parkingowych
  • dojazd prywatną drogą
  • 600 kr za dobę
  • tylko z wcześniejszą rezerwacją
  • trasa 20 km
  • czas 7-12 godzin
  • różnica wysokości 320m
  • całkowita różnica wysokości 320m 
Ścieżka do Trolltunga
no.trolltunga.com

Parking P2 Skjeggedal idziesz wąską brukowaną drogą, która wije się do P3 Mågelitopp, który jest 400 metrów wyżej. Ten pierwszy etap ma 4,3 km i może zająć nieco ponad godzinę. Jeśli zaczniesz wędrówkę górską z poziomu P3, oczywiście zaoszczędzisz czas i wysiłek!

Trolltunga

Kiedy budzik dzwoni o 4.30 zrywamy się na równe nogi, 5.30 jesteśmy na parkingu w Skjeggedal, niestety ruszamy z poziomu P2, bo na wyższym parkingu nie ma już miejsc, spóźniliśmy się z rezerwacją. Ta opieszałość kosztuje nas dodatkowe 800 metrów pod górę. To oznacza, że mamy 28 kilometrów do przejścia. Czyli jakieś 8 do 12 godzin.

Jest chłodny, rześki poranek, ale słońce zwiastuje lampę przez cały dzień. Wiemy, że chodzenie po górach w słońcu wcale nie jest takie przyjemne, idziemy po śniegu, a ten oślepia bardzo. Na szczęście wysokie szczyty zasłaniają jeszcze promienie słońca i robimy jakieś osiem kilometrów w cieniu.

Szlak na Trolltungę jest dobrze oznakowany. Piękny. Zadeptany. Z wieloma płaskowyżami. Z których podziwiamy głębokie wody jezior.

Trolltunga

Kolej Tyssedal

Zaczynając trasę mijamy tory, po których jeździła kolejka i która zatrzymała się na dobre w 2011 roku. Woziła wagonikami towary i ludzi przez 100 lat. Gdy miejscowi ludzie budowali chaty. Wjazd o długości 930 metrów, wciągał towary i robotników w kilka minut.

W Wielkanoc 1955 roku zdarzył się śmiertelny wypadek, jedna z dwóch lin pękła. Wagon był pełen ludzi. Dwie osoby zginęły, kilka zostało ciężko rannych.

Tor został zamknięty, a rok później odrestaurowany na potrzeby mieszkańców Tyssedal i Skjeggedal. Kiedy kolejka stanęła prezes firmy Tyssefaldene A.S. w 50. rocznicę powstania firmy w 1956 roku, obiecał budowę nowej kolei, ale skończyło się na niespełnionych obietnicach. Gdyby chcieli podjąć się budowy nowej kosztowałaby 30 milionów koron.

Tyssedal

Powstała za to droga dojazdowa, tak by właściciele licznych domków i hytt mogli do nich dojechać. Droga okazuje się najgorszym i najtrudniejszym odcinkiem szlaku. Pierwsze 800 metrów pięknej nowej drogi asfaltowej Måglivegen z 17. zakrętami i nachyleniem 17. stopni jest żmudne i monotonne, a schodząc w dół najbardziej obciąża kolana.

Skjeggedal

3 szlaki na Trolltunga

Wersja samodzielna 

Możesz zacząć z parkingów wymienionych powyżej dobrze oznakowanym szlakiem z możliwością uzupełniania wody po drodze i rozbiciem namiotu.

Wersja luksusowa 

Z Trolltunga Adventures www.trolltungaadventures.com z przewodnikiem, pysznym jedzeniem i gotowymi namiotami. Dla chętnych, jest możliwość spania w specjalnych kapsułach na płaskowyżach między szczytami. Zapewne jest to niezapomniane doświadczenie.

Wersja wymagajaca 

Około 2012 roku, kiedy już reszta świata odkryła Trolltungę, właściciel Hotelu Trolltunga zapalony przewodnik, założył Klub Trolltunga Activ, wtedy też powstał szlak Via Ferrata prowadząca zboczem góry.

kapsuły glamping trolltunga

Szlak na Trolltungę

Etap 1

Szlak jest dobrze oznakowany, zaczyna się w płaskim terenie i prowadzi przez wysoką dolinę. Po trzech czwartych marszu wspinasz się stromo po zboczu góry do Gryteskaret. Jest to jeden z najbardziej wymagających odcinków na trasie Trolltunga. Po kwadransie wysiłek rekompensuje wspaniały widok.

Etap 2


Kolejna stroma wspinaczka prowadzi do Trombeskar i pięknej doliny, popularnej wśród turystów spędzających noc w namiotach. Ścieżka wije się wokół małego jeziora do Store Floren. Fantastyczny widok otwiera się na Ringedalsvatnet, jeziora, które leży daleko w dolinie poniżej Ciebie. To idealne miejsce na przerwę i przekąskę i napełnienie butelek wodą.

Etap 3

Ścieżka do Trolltunga biegnie starożytną trasą przez Hardangervidda. Dawniej rolnicy wykorzystywali ten obszar jako letnie pastwisko dla swoich zwierząt. Możesz zobaczyć pozostałości starej stajni. Kiedy na początku XX wieku zbudowano elektrownię wodną w Tyssedal i wyżej położonych górach, do transportu materiału i do pomocy przy najcięższych pracach używano koni.

Etap 4

Następnie mijasz Hestaflåene płaskowyż położony 900 m npm. gdzie kiedyś pasły się konie. Znajdziesz tu również wodospad. Powinieneś korzystać z mostów by przekroczyć Endåen niezależnie od tego, czy rzeka jest sucha. Ważne jest, aby pozostać na szlaku, aby uniknąć uszkodzenia wrażliwej górskiej roślinności.

Etap 5

Ścieżka znowu stromo wspina się do Endanuten. W Tyssehøl przekraczasz koryto rzeki, które kiedyś prowadziło wodę do Tyssestrengene. Ten bliźniaczy wodospad był najwyższym i jednym z najpiękniejszych wodospadów w Norwegii, z 312 metrami swobodnego spadku i całkowitą wysokością 646 metrów.

Etap 6

W XIX wieku wodospad był jedną z głównych atrakcji turystycznych kraju. Ale w 1967 roku Tyssestrengene została osuszona a jezioro zostało skierowane do Tysso II, elektrowni zbudowanej głęboko w górach w Skjeggedal. Mijasz też zaporę – i, co zaskakujące, ładną plażę. Od tamy woda jest teraz prowadzona do tuneli i do turbin w Tysso II.

Etap 7

Nieco dalej ścieżka zwęża się i należy zwrócić szczególną uwagę na krawędź klifu i wysoki spadek. Nagle pojawia się Trolltunga! Ostatnie cztery żelazne stopnie które ułatwiają zejście na Trolltunga i jesteś u celu!

Etap 8

Jęzor jest szeroki, więc wejście na niego nie jest problemem. Ale musisz być ostrożnym, bo tutaj rządzą siły natury. Sama wędrówka jest wspaniała. Trasa jest dobrze oznaczona i widoczna. Czasem porośnięta mchem na głazach czasem górskim zboczem, z którego majaczy grafitowe jezioro. Wygląda jak fiord w pomniejszeniu i już wiesz dlaczego Trolltunga jest jedną z największych atrakcji Norwegii.

Kiedy iść na Trolltunge

Na wycieczkę do Trolltungę można wybrać się praktycznie prawie przez cały rok.

1 czerwca- 30 września to sezon, wtedy warunki są najlepsze, ale mogą być roztopy i błoto.

1 październik- 31 maj spodziewaj się śniegu i lodu.

Pogoda w wysokich górach może się szybko zmieniać. Koniecznie sprawdź prognozę pogody przed rozpoczęciem wyprawy na yr.no lub storm.no

Zaplanuj wyprawę na Trolltungę

Niestety zdarzają się akcje ratunkowe na Trolltunge, najczęściej z powodu wypadku, ale też słabego sprzętu i niewystarczającej zdolności przewidywania. Nawet w słoneczny letni dzień zabierz ze sobą ciepłą i wodoodporną odzież na wypadek, gdyby nagle i niespodziewanie zmieniła się pogoda.

Co zabrać na Trolltungę

Lista wędrówek
no.trolltunga.com

Musisz być w dobrej kondycji fizycznej!

Podróż do Trolltunga jest długa i wymagająca. Jeśli nie masz bardzo dobrej choroby serca lub innego problemu zdrowotnego, nie powinieneś odbywać tej podróży! Jeśli nie jesteś przyzwyczajony do całodziennych wędrówek – zwłaszcza wędrówek po górach lepiej wybierz inną atrakcję.

Oszczędzaj się i miej siłę w rezerwie!

Nie spiesz się na wędrówkę, zwłaszcza gdy szlak jest stromy.  Pij dużo wody i jedz pożywne posiłki aby nabrać nowej energii. Podczas wędrówek po górach wskazane jest spożywanie posiłków co dwie godziny.Ryzyko wypadków jest większe, gdy jesteś zmęczony i rozkojarzony.

Nie zabieraj dzieci i zwierząt w góry!

Zalecamy, aby wszyscy uczestnicy wycieczki mieli co najmniej 12 lat. A psy były w dobrej kondycji i odpowiedniej rasy. (jamniki i pekińczyki nie są rasami górskimi). Dzieci są szczególnie wrażliwe na zmienne temperatury. Nie ryzykuj ich przegrzaniem i odwodnieniem. Pamiętaj, że na górze zawsze jest chłodniej i bardziej wietrznie niż nad fiordem.

Chroń się przed słońcem!

Zakryj się i używaj kremu przeciwsłonecznego o wysokim współczynniku. Jeśli jest chłodny wiatr, możesz nie zauważyć poparzenia słonecznego, dopóki nie będzie za późno.

Co robić w sytuacjach awaryjnych

Na górze znajdują się dwie kabiny ratownicze. Na Store Floren jest pierwsza kabina ratownicza. Tutaj możesz szukać schronienia na wypadek burzy lub innej sytuacji awaryjnej. W kabinie ratowniczej znajdziesz śpiwory i koce oraz prowiant. Druga kabina ratunkowa znajduje się na górze Endåen.

Jeśli pilnie potrzebujesz pomocy, zadzwoń pod numer 112. Dokładnie opisz swoją sytuację i miejsce, w którym się znajdujesz.Czas jest najważniejszy. Ważne jest, aby ekipa ratownicza mogła Cię szybko znaleźć. Upewnij się, że jesteś dobrze zabezpieczony i widoczny.

Uwaga: jeśli potrzebujesz akcji ratunkowej na norweskim pustkowiu, nic Cię to nie kosztuje.

Transportem publicznym

Do Odda dojedziesz z Voss, Bergen, Stavanger i Oslo. Możesz zaplanować i sprawdzić podróż na stronie www.en-tur.no

Transportem okręgu Vestland

Z Odda lokalne połączenia autobusami wahadłowymi znajdziesz na www.reise.skyss.no dojeżdżają bezpośrednio na parkingi przy szlaku.

Z lotniska

Do Odda z Haugesund około 2,5 godziny drogi, z Bergen 3 godziny, ze Stavanger 4 godziny, z Oslo 6 godzin.

trolltunga

Historia jęzora Trolltunga

Pierwsze Zdjęcie z Trolltunga powstało w 1967 roku, ale opublikowane dopiero w 1971 roku. Zrobił je robotnik Andreas Vodahl i Bartholda Hegemann, który był modelem. To zdjęcie z Trolltunga z mężczyzną siedzącym na końcu języka zdobi tysiące pocztówek.

Dziennikarz Jan Gravdal napisał artykuł o historii tego zdjęcia. Nie spodobało się to lokalnym władzom, które uznały, że zachowanie starców było nierozsądne. By nie namawiać ludzi do ryzykownych zachowań ukryto ten fakt przed światem.

Tak minęło jeszcze wiele lat zanim świat poznał Tyssedal i Trollowy Język. Dziś jest główną atrakcją dla turystów z całego świata, dzięki mediom społecznościowym, ale również dzięki lokalnym władzom, które polubiły ryzyko. Dziś znajduje się koło Preikestolen wśród najpopularniejszych wycieczek na świecie.

trolltunga

Pewien amerykański magazyn internetowy The Huffington Post uznał Trolltungę za jedno z dziesięciu najlepszych miejsc do wędrówek oraz nazwał przerażającym. To drugie w naszej opinii mija się z prawdą. Ale wiedz, że podróż tam i z powrotem może być równie cudowna co wymagająca

Chodzenie po górach daje poczucie wolności, zwycięstwa i poczucie sensu bytu. Każda góra, każdy szczyt i cel mają swoją osobowość i tożsamość. Trolltunga jest niezrównana. Idź, bo gdy dotrzesz nigdy nie powiesz, że nie było warto.

Każda wędrówka ma swoją końcową nagrodę i nie wiemy czy cel, czy droga, która go uświęca jest bardziej pożądana, bo droga jest celem samym w sobie.

0 Email

Busem na koniec świata

by Agnieszka

Mamy tak, że przywiązujemy się do niektórych samochodów. Niestety, albo na szczęście. Wtedy samochód ma swoje imię i swoją osobowość. Tak było, kiedy mieliśmy stare Audi A3, a którego sprzedaży do dziś dnia nie możemy sobie wybaczyć. Naszego busa Volkswagen T3 pokochaliśmy miłością wzajemną. Wzajemną, bo nigdy nas nie zawiódł. Nigdy nie rozkraczył się na drodze. Choć czasem prowadzimy całe peletony aut, to tylko dlatego, że auto jest starszej generacji. Życie miał bardzo pracowite i świetnie staruszek się trzyma.

Dotychczas woził głównie ludzi ma 9 miejsc, dzięki temu mogliśmy jeździć na wycieczki z całymi rodzinami, które odwiedzały nas w Norwegii. Woził też nas do Polski, z której wracaliśmy obładowani rzeczami, które urządzając się w Norwegii bardzo wówczas potrzebowaliśmy. Woził też całe kolonie dzieci. Na basen, urodziny czy mecz. I każdy chwalił sobie komfort z jakim podróżował.

Kiedy narodził się pomysł, by pojechać nim na daleką północ tylko we dwójkę, potrzebowaliśmy przerobić go na pseudo kampera. Rozmontowaliśmy siedzenia pozostawiając tylko dwa przednie. Zbudowaliśmy konstrukcję pod materac. Materac zabraliśmy z łóżka, które stało w pokoju gościnnym. Pasował jak ulał. Idealnie wpasował się na szerokość busa. Stelaż zbudowaliśmy z płyt pilśniowych, które pomalowaliśmy na szary kolor by było estetycznie i by nie haczyły materiałów.

Na łóżko wchodziliśmy bocznymi drzwiami, a pod nim umieściliśmy plastikowe pudła z rzeczami, które były nam potrzebne na wyjeździe. Trzy przegrody dzieliły dziewięć całkiem dużych pudeł. Nie mieliśmy problemów z pakowaniem się pomimo, że musieliśmy wziąć głównie ciepłe rzeczy, grube kurtki czy górskie buciory.

Z tyłu auta na dole również były trzy rzędy po dwa pudła. Wyżej były półki na drobiazgi, na których daliśmy zabezpieczające listewki, by rzeczy na nich ustawione nie przemieszczały się. Na wysokości pasa mieliśmy blat roboczy na którym przyrządzaliśmy jedzenie i jeszcze jeden dodatkowy wysuwany blat. Najczęściej używany pod kuchenkę gazową.

Pożyczyliśmy od przyjaciół maszynę do szycia. Kupiliśmy grube nieprzepuszczające światła zasłony, które przerobiliśmy na zasłony naszych okien i kotarę dzielącą szoferkę z częścią sypialnianą. Zasłony umocowaliśmy na linkach do zazdrostek na krawędziach na górze i na dole okien. Zrobiliśmy zakładki, by wprowadzić linki. Zostały tak obszyte, by można było je przesuwać lub odsłaniać bez problemu. Tym sposobem północne słońce nie raziło nas w nocy i dawało przytulności i intymności wnętrzu.

Zabraliśmy ze sobą rzeczy najpotrzebniejsze. Czyli garnki, patelnie, talerze miski, turystyczną kuchenkę gazową, butlę z gazem. Duży baniak na wodę. Trochę chemii, lekarstw, kosmetyki.

Po otwarciu tylnych drzwi, których skrzydła stanowiły również ściany boczne. Oprócz osłony przed wiatrem dawały jeszcze oparcie na plandekę namiotu, który uszyliśmy z dużej plandeki, który służył jako prysznic lub gdy deszcz lub wiatr uniemożliwiał gotowanie.

Auto ma klimatyzację, ale nie ma webasto. Gdy nocowaliśmy na campingach braliśmy prąd na długim przedłużaczu przystosowanym do gniazdek na kempingach, który woziliśmy ze sobą i podłączaliśmy zwykły malutki grzejnik olejowy. Noce w Norwegii są bardzo wilgotne, więc taki grzejnik sprawdził się bardzo.

Czego nam brakowało? Niczego! Gdybyśmy urządzali się ponownie jedynie kuchnię zrobilibyśmy w środku między przednimi siedzeniami, a materac przesunęlibyśmy na tył. Moglibyśmy w ten sposób robić kawę, nie wychodząc z samochodu, co rześkim rankiem nie było zbyt przyjemne. A to dla nas rytuał. Ale i dostęp do niektórych rzeczy z tyłu samochodu był utrudniony. Tak żyliśmy kilka tygodni jeżdżąc po północnej i zachodniej Norwegii. Wspaniały czas.

Teraz wiemy, że taki styl podróżowania stanie się częścią naszego życia, jeśli nie życiem. Odkryliśmy, że potrzebujemy do życia i szczęścia tylko tego, co zmieści się w naszym busie oraz serdecznych ludzi na drodze życia. Jak bardzo pozbycie się posiadania zmieniło naszą perspektywę postrzegania świata i oczyściło umysły. Sprzedaliśmy dom. Pozbyliśmy się wielu rzeczy. Po to by bardziej doświadczać życia.

Kupiliśmy Boba dla przyjaciół Bobika i przygotowujemy go na następne wyprawy. Jest bardziej przystosowany na podróże, bo to wersja Westfalia, czyli mini kamper. Jest kopią naszego Dana, czyli poprzedniego, który stanie się trochę dawcą organów. Całą zimę będą trwały przygotowania do wyjazdu. Będziemy dzielić się z Wami naszym doświadczeniem, podróżami, życiem. Zostańcie z nami i trzymajcie kciuki.

Idzie nowe i jesteśmy strasznie podekscytowani.

0 Email

Wyprawa na North Pole

by Agnieszka

To był maj czasy Covid, kiedy dotarło do nas, że wakacje w syden, czyli wszystkie kierunki na południe pozostaną jedynie fantazją. Wtedy to pomyśleliśmy sobie, że to jest wspaniały czas na Norwegię, bo choć mieszkamy w niej już kilka dobrych lat i wiele widzieliśmy to jednak na północną Norwegię nigdy nie było czasu. No dobra ochoty też nie, bo woleliśmy upalne lato all inclusive lub wycieczki objazdowe po Europie. Gwarancję słońca. Lato kojarzyło nam się z Gdańskiem, z którego pochodzimy, z klimatem turystycznych zapchanych komercją miejsc. I lansem na promenadach mola.

A teraz cóż perspektywa noszenia puchowej kurtki w czerwcu nie była zbyt kusząca. Zniechęcały nas też ceny, bo tu wszystko jest strasznie drogie. Ale przecież jeździliśmy po Norwegii, ponieważ mieszkamy pod Ålesund jest to bardzo dobra baza wypadowa. Po kilka razy w roku byliśmy na Geiranger czy Trollstigen. Drogi znaliśmy na pamięć. Norwegia zachwyciła nas i rozkochała w sobie. Uznaliśmy, że jest najpiękniejszym krajem w jakim kiedykolwiek byliśmy. Więc dlaczego w nią nie jechać.

I wtedy zrodził się pomysł by przerobić naszego dwudziestoletniego Busa na pseudo kampera. Tak by podróż nie była tak kosztowna. I zaczęliśmy. Wymontowaliśmy siedzenia na miejsce których przyszły płyty pod materac. Z nich też zbudowaliśmy pseudo kuchnię. Pomalowaliśmy całość farbą by było estetycznie. Pożyczyliśmy maszynę do szycia od przyjaciół. Uszyliśmy zasłony ze starych materiałów.

Planowaliśmy wszystko tak by być samowystarczalnymi, nawet w surowym klimacie północy. Zaopatrzyliśmy się w kuchenkę gazową i butle z gazem. Wzięliśmy z domu plastikowe pudła na sprzęty, naczynia kuchenne, grzejnik, ubrania i buty. O dziwo sprawiało nam to ogromna frajdę. Kiedy nasz projekt był już gotowy zapakowaliśmy zapasy jedzenia i pięć litrów wody w baniaku, zamknęliśmy dom i ruszyliśmy w drogę.

I wiecie co? To była wspaniała wyprawa. Nie żałujemy ani minuty. Dziś wiemy, że żadne rajskie plaże nie zamienilibyśmy na piździawę na północy. To jak doświadczyliśmy tego kraju, to co wiedzieliśmy i wszędzie tam, gdzie w pocie czoła doszliśmy jest bezcenne i tylko nasze. I choć wiemy, że drugi raz taka przygoda się nie powtórzy to wiemy, że chcemy więcej.

Podróż zaczęliśmy od upalnego starego i klimatycznego Trondheim, podziwialiśmy gotycką katedrę Nidaros, miejsce koronacji norweskich królów. Byliśmy w Stiklstad gdzie w bitwie zginął Król Olaf II, pierwszy święty w Norwegii. Podziwialiśmy most przechodząc przez rzekę Nidę, wzdłuż wybrzeża której ciągnęły się restauracje i bary. Spacerowaliśmy starym mostem Gamle Bybro, Bramą Szczęścia. Zwiedzaliśmy dzielnice Bakklandet. Oglądaliśmy stare kolorowe budynki dawnych magazynów. Widzieliśmy wspaniałą panoramę miasta z Fortu Kristiansen i posąg Króla Olafa Tryggvasona założyciela miasta.

Przejeżdżając pod bramą Trøndelag przeżywaliśmy jak dzieci widząc napis Nord Norge. To tu widzieliśmy pierwsze stada reniferów, a nawet zaprzyjaźnilismy się z jedym z nich.

Jechaliśmy Narodowym Szlakiem Turystycznym Helgeland, Nasjonale Turistvegen Helgelandskysten Nord Hellåga. Pięknym północnym wybrzeżem między otwartym morzem a wysokimi górami. Dawniej niezdobyte drogi przez walczące żywioły północy z południem. Dziś spokojna podróż przez koło podbiegunowe.

W archaicznej przyrodzie i polarnym słońcu, wpatrywaliśmy się w przepaść oceaniczną lub oczy spoczywały na horyzoncie. Mijaliśmy krajobrazy które wpłynęły na historie, kulturę i ludzi od epoki kamienia łupanego do dziś. Widzieliśmy hodowle ryb, osłonięte porty i chaty rybackie. Czuliśmy północny wiatr wybrzeża przy płonącym słońcu w nocy. Widzieliśmy jęzory lodowca Svartisen, które w upały jakie nam towarzyszyły były prawie mistyczne.

Dotarliśmy do cudownego Glomfjordu gdzie wyspinaliśmy się drewnianymi schodami na szczyt góry.

Oglądaliśmy z wielkiego mostu najsilniejszy prąd Saltstraumen z jego ogromnymi wirami.

Zakochaliśmy się na zabój w największym mieście Nordlandu, Bodø. W jego nowoczesności.Zwiedzaliśmy Muzeum Lotnictwa Norsk Luftfartmuseum. Odwiedziliśmy Nordland Muzeum by poznać historię Bodø.

Oplalismy się na różowych niczym Elefonisi lub rajskich niczym Korfu plażach.

Odwiedziliśmy Narwik gdzie zapaliliśmy znicz na pomniku poległych polskich żołnierzy Brygady Strzelców Podhalańskich, którzy walczyli o wolność Norwegii i Polski. Widzieliśmy Muzeum Wojny, Narvik Var Museum i strasznie zmokliśmy.

Bardu zachwyciło nas starymi farmami i lokalna architekturą. Tu po raz pierwszy widzieliśmy Samską ludność. Poznaliśmy smutna prawdę o tym, że północ pomału umiera.

W Alcie byliśmy w trakcie powodzi. Tu woda zabierała domy a rzeki wylewały. Ogromna Arktyczna Katedra Northern Lights Cathedral wyglądała jak twierdza nie do zdobycia. Żałowaliśmy, że nie zobaczymy jej nocą kiedy światła imitują zorze polarną i pięknie rozświetlają jej strzelistość.

Dalej pędziliśmy na północ przez bezdroża płaskowyżu Kvaldsund w kierunku Nordkapp mijając stada reniferów. Które na letnich pastwiskach karmiły i pilnowały swoje malutkie cielątka.

W Honningsvåg portowym miasteczku pomimo zamkniętych atrakcji przytulaliśmy się do pomnika psa bernardyna o imieniu Bamse, narodowym bohaterze. I czuliśmy się jedynymi ludźmi w tym opustoszałym mieście.

By wreszcie dotrzeć na koniec świata. Na Nordkapp. Tu tak naprawdę doświadczyliśmy ogromu północnego żywiołu, gdzie wiatr podrywając kamienie powybijał na szyby w samochodzie. Nordkapp nas sponiewierał i wygonił. Nie dotarliśmy wszędzie. Ale urzekł nas bardzo.

Wracając nocowaliśmy w Tromsø, wjechaliśmy kolejka linową na szczyt góry Storsteinen by podziwiać panoramę miasta. Spacerowaliśmy uliczkami Strogaty głównej ulicy. Oglądaliśmy zorze polarną niestety tylko w Planetarium. Muzeum Polarne, Polar Museum najpiękniejsze muzeum ever, zabrało nas na wyprawę polarną z Roaldem Amundsenem. A centrum edukacyjne Polaria zachwyciła swoją architekturą przypominającą spiętrzoną krę lodową. Zjedliśmy w najdalszym północnym Burger Kingu i piliśmy zimne arktyczne piwo Mack.

Jechaliśmy Narodową Trasą Turystyczna Nasjonal Turistveg Senja wyspy Senja między Gryllefiordem a Botnhamn. Staliśmy na rampie Bergsbotn, a z rampy Tungeneset podziwialiśmy poszarpane szczyty gór i plaże.

Wdrapaliśmy się po śniegu na szczyty by podziwiać Seglę. Zapisaliśmy ją w sercu głęboko.

Dotarliśmy na Lofoty. Próbowaliśmy suszonych ryb, których ostry zapach nas nie odstraszył.Byliśmy w ostatniej osadzie Lofotów o najkrótszej nazwie Å. Wchodziliśmy na Reine po schodach zbudowanych przez nepalskich Szerpów. Nie spaliśmy w Rorbu chatkach rybackich, ale na rajskich plażach serferów.

Przenieśliśmy się w epokę Wikingów w Muzeum Wikingów, Lofotr Vikingmuseet. Spacerowaliśmy po szlakach Ryten i plażach Kvalsvika. W Svolvær podziwialiśmy nowoczesność i ostro zakończoną kozią górę Svolværgeite.

Przejeżdżaliśmy Śnieżną Drogą Snøvegen trasą Aurland, Aurlandsvegen.

Z platformy widokowej w Stegastein podziwialiśmy panoramę całego Aurlandsfjordu.

Dotarliśmy do Flåm gdzie koleją Flamsbana podróżowaliśmy do Myrdal. Chłodziliśmy się w bryzie wodospadu Kjosfossen, gdzie latem tańczy Huldra. Przenieśliśmy się w czasie na starej farmie Otternes. I przejeżdżaliśmy wzdłuż najwspanialszego fiordu Norwegii Nærøyfjord.

Odwiedziliśmy Voss które jest prawdziwym centrum sportów ekstremalnych, a z kolejki torowej ze szczytu góry Hangurtopen mogliśmy podziwiać dolinę.

Jechaliśmy największym płaskowyżem Europy Hardangervidda, królestwem dzikiej przyrody. Wypatrując Marka Kamińskiego na próżno. Chłodziliśmy się pod wodospadem Steisdalfossen i Vøringsfossen.

W wyjątkowo słonecznym Bergen poszliśmy w tango. Piliśmy wino i chodziliśmy spać nad ranem. Wjechaliśmy słynną kolejką Fløibanen na wzgórza Fløyen, jedliśmy owoce morza i próbowaliśmy wieloryba na targu Torget. Łaziliśmy po starych uliczkach Bryggen, Gamle Bergen. W Muzeum Sztuki Kode podziwialiśmy obrazy Edwarda Muncha i innych norweskich malarzy. Zaintrygowały nas grafiki Pablo Picasso.

W upalnym Stavanger uciekliśmy przed upałem do Muzeum Ropy Naftowej Petroleum Museum. Oglądaliśmy słynne konserwy sardynek, jedliśmy lody na cudnej kolorowej starówce.

I opalaliśmy się na plaży pod Trzema Mieczami Sverd i fjell wbitymi w skałę Hafrsfjorden.

W Rogaland czekała na nas skała Preikestolen. Pędzilismy jak na skrzydłach. I wracaliśmy uskrzydleni.

Nastepnie trasą Lysevegen ponad taflą Lysefjorden dojechaliśmy do schroniska Øygardstølen skąd wspinaliśmy się na Kjerag. Głaz wiszący 1000 metrów nad fiordem.

Jadąc Narodową trasą Hardanger, Nasjonal Turistveg Hardanger, podziwialiśmy piękne wodospady. Dojechaliśmy do Tyssedal skąd ruszyliśmy na Trolltungę.

Wracaliśmy do domu doliną Alp Romsdalskich przez Romsdal Alp i Andalsnes. Mijając nasze upragnione, nie zdobyte jeszcze szczyty Trolveggen.

Spaliśmy na dziko i na parkingach. Zdarzało się, że na bardzo nowoczesnych kampingach. Kąpaliśmy się raz w misce na dworzu, raz pod prysznicem na minuty. Zdarzało się że marzliśmy w nocy, lub muszki nas pożarły żywcem. Na kempingach widzielismy różne rzeczy, a każdy gospodarz był historią samą w sobie. Czasem zabawną czasem szkoda gadać i lepiej zapomnieć….

Złapaliśmy dwa mandaty. Za przekroczenie tylko 10 kilometrów na godzinę zapłacilismy dwa tysiące koron. I to dwa razy! Strasznie to odchorowaliśmy.

Wrócilismy odmienieni. Zrozumieliśmy, że nic wiecej do szczęścia nam nie jest potrzebne. Każdy dzień był przygodą i niespodzianką. Nie odzobaczymy tego nigdy. Tego nie zabierze nam nikt. Nigdy.

0 Email

Lofoty Polarny Zanzibar Północy

by Agnieszka

Lofoty najbardziej atrakcyjny Archipelag ziemi. Turkus wody oceanu, biel piasku, pustkowie rajskich plaż na tle ścian niemal pionowych, poszarpanych szczytów górskich tworzą scenerię jak z powieści Tolkiena. Arcydzieło natury połączone z tradycją i historią jej mieszkańców.

Podróż przez Lofoty była dla nas pełna oczekiwań, ale i niezapomnianych przeżyć. Stare domy i łodzie wypłowiałe od surowego słońca, targane słonym wiatrem oceanu opowiadają o mijającym czasie i to jest smutne. Ale tam jakby czas i tak się zatrzymał.

Pogoda na Lofotach

Na Lofotach słońce bawi się w chowanego ze szpiczastymi szczytami, by w końcu położyć się nisko nad widnokręgiem Oceanu Atlantyckiego. Musimy się trochę wysilić, żeby znaleźć północne słońce, które tańczy z długimi cieniami. Potężne pasmo szczytów górskich na Lofotach chroni wioski rybackie od wewnątrz. Broni od sztormów północnego wiatru.

Pogoda na Lofotach jest zabawna, mawiają mieszkańcy. Jedyne co o niej wiesz to, to, że nie wiesz o niej nic. Deszcz i mgła pokrywają szczyty gór i dolin. Wiatr zamyka mosty nawet w środku lata a temperatura może spaść do jednej cyfry, gdy wiatr jest północno zachodni.

Na północnym wschodzie świeci słońce, ale trzeba nosić czapki. Kiedy wysokie ciśnienie podnosi słupki rtęci są dni ciepłe i pogodne. To czas pogoni za plażami, ale nawet w chłodny, pochmurny dzień, słońce wieczorem wygrywa i rozjaśnia plaże.

Kolorowe wioski mają plecy ze ścian gór. Z Reine, Henningsvær czy innych słynnych miejsc widać oświetlone słońcem szczyty, kiedy my w głębi lądu kąpiemy się w cieniu, one kąpią się w złocie niezachodzącego słońca.

Lofoty są zimne, dzikie i surowe. Mają ostre strome zbocza górskich klifów. Zatoki o beżowym, rajskim piasku plaż, które ukazują się za każdym prawie zakrętem naszej drogi.

Na Lofotach Wieloryby bawią się między wyspami, by wypłynąć na ocean, lub zostają by umrzeć. Orki skaczą wokół łodzi odsłaniając płetwy. Dorsze odradzają się i tańczą ławicami w czasie tarła. Foki gościnnie, leniwie szukają miejsca na ziemi. Maskonury kochając spokój, oddają popularność Mewom, którym nie przeszkadza człowiek by osiedlić się mu tuż na głową.

Porozrywane wysepki Archipelagu Lofotów są pełne drewnianych stojących na palach, czerwonych lub żółtych domków rybackich Rorbuer walczących z żywiołem wody widać z każdego szczytu. To niezwykłe połączenie majestatycznych szczytów gór i rozszalałych bałwanów fal Oceanu Atlantyckiego ujrzysz na każdej plaży.

Zapach suszonej ryby, wodorostów i wiatr od morza. Krajobraz folklorystyczny ucieleśnia kulturę narodową która wciąż żyje. A jednak….

Lofoty nas urzekły, ale nie zachwyciły. Najbardziej bolało nas to, że te piękne karaibskie plaże są puste i wyludnione. Tak lodowate dla człowieka. Tak bardzo było nam źle z tym, że nie możemy zanurzyć się w toni lazurowej wody by ochłodzić nagrzaną skórę.

To jakby oglądać góry przez szybę. Nie móc się nimi nacieszyć, poużywać. Do tego palące źrenice słońce, które rozpala zmysły, ale nie ciało. Bo te musi być szczelnie okryte ubraniami, czapkami i szalikami. Wiatr tak silny, że podmuchy wyrywają aparat z ręki.  

A do tego smród. Tak. Smród suszonej ryby. Taki co odbiera apetyt. Taki co wchłania się w skórę, włosy i ubrania. Taki z którym zasypiasz i budzisz się. Albo taki przez którego nie możesz zasnąć i budzisz się. Nam zabrało to przyjemność pobytu. Na szczęście natura jest majestatyczna, dzika i niebezpieczna. To zrównoważyło nasze rozczarowanie.

Nazwa Lofoty pochodzi gdzieś ze staro nordyckiego słowa Lófót i w dosłownym tłumaczeniu oznacza nogę rysia. Początkowo nazywano tak jedną z wysp, która z lotu ptaka przypomina odcisk nogi rysia. Potem nazwę zaczęto używać w odniesieniu do całego archipelagu. A oryginalną wyspę nazwano Vestvågøya.

Od kontynentu oddziela je szeroka cieśnina Vestfiordu, który wgryzł się w Półwysep Skandynawski. Poszarpał go na części i wypluł piaskiem białym jak wapno. Tylko monumentalna przeszkoda górska, czyli ściana Lofotów wyrasta prosto z morza by archipelag nie odpłynął.

Położone 200 kilometrów od koła podbiegunowego wyspy mają powierzchnię 1227 kilometrów 2. Około 25 tysięcy mieszkańców. Którym w życiu przeszkadza 300 tysięcy turystów z całego świata.

Lofoty to bardzo zróżnicowany kulturowo region. Mieszka tu wielu artystów, wielu się z nich wywodzi. Jak na przykład Espolin Johnson, który malował scenerie Lofotów oddając ich piękno obrazom.

Dziś prace mają swoje galerie. To tu toczy się wyspiarskie życie, handel, biznes. Liczne warsztaty pokazują kulturę i sztukę tego klimatycznego miejsca. Celebrują przeszłość.

  • Kuźnia Hansa Gjertsena to miejsce, gdzie gospodarzem jest kormoran Gjertsen a Tor Vegard Markven tworzy wybitne dzieła sztuki.
  • Glas Hytta to miejsce w pięknym budynku z kamienistą plażą nad oceanem. Tu można wypić kawę w towarzystwie pięknych szklanych przedmiotów ręcznie robionych przez Åsvara Tangranda lub je zakupić.
  • Obserwatorium Zorzy Polarnej w Laukvik którego właścicielami są Holendrzy, którzy z miłości do zorzy osiedlili się tutaj. Prowadzą badania zorzy nie tylko na Lofotach, ale na całym świecie. I pomimo tego, że robią to z prywatnego domu współpracują z NASA.

Ryby podczas tarła przypływały w tak dużych ilościach, że dla mieszkańców było ich więcej niż wystarczająco. Dlatego zaczęli napływać rybacy z innych rejonów. Pomieszkiwali w słynnych Rorbuer i zaczęli wysyłać dorsza w świat. To, dlatego ten dziki archipelag stał się kolebką dorsza. Liczne kontakty z wielkim światem i handlem wpłynęły na rozwój i kulturę tego miejsca. Ucywilizowały je.

Naszą przygodę na Lofotach zaczęliśmy wjeżdżając w głąb archipelagu Lofotów. Przez górzyste wyspy, których jest siedem i prawie wszystkie kończą się na øya. Austvågøya, Gimsøya, Vestvågøya, Flakstadøya, Værøya, Røst i Moskenesøya. Jechaliśmy jedną drogą, czasem odbijając na boki by zajrzeć we wszystkie kąty porozrywanych wysp.

Drogę łączą mosty i tunele drogi E10 znane jako Droga Króla Olafa, Kong Olavs Vei. Liczy ona sobie 170 kilometrów i kończy się w słynnej osadzie rybackiej o nazwie Å. To koniec norweskiego alfabetu, ale i świata. Dalej jest tylko ściana gór z niezwykle strzelistymi kształtami.

Piękne majestatyczne, sięgające do 1600 metrów szczyty aż trudno uwierzyć, że są dziełem natury nie człowieka bez ograniczeń. To najstarsze góry, na kontynencie. Liczą sobie pół miliarda lat i tylko głodny lodowiec mógł je tak pozjadać. Nadgryzając ich 100 kilometrowe granity szczytów górskich ostrymi lodowymi kłami.

Dawniej Lofoty słynęły z wina nie z ryb, ale kiedy Bergen utraciło swój monopol handlowy działalność rybacka zaczęła nabierać tempa. Pod koniec XIX wieku, kiedy powstało połączenie promowe Hurtigruten wyspy zyskały codzienne połączenie ze stałym lądem.

Ryba jest najważniejszym towarem wysp Lofotów. Życie na Lofotach kręci się wokół nich. Ludność od zawsze łowiła ryby przez cały rok, zwykle prowadząc małe gospodarstwa. Jednak największe znaczenie mają sezonowe połowy dorsza norweskiego.

Mało kto nadmienia, że ławice ryb miały swoją cykliczność. Po około 70 latach dobrych połowów ławice znikały na 20 do 30 lat. Cykliczność tą tłumaczono ingerencją boską a w XIX wieku już nie Bogiem a szkodliwymi wynalazkami jak parowce czy latarnie morskie.

I tak każdego roku od stycznia do kwietnia ogromne ilości migrują z północy do obszarów morskich Lofotów by odbyć tarło.

Połów w tych miesiącach zapewnia życie miejscowej ludności od wieków. To co dla nas jest smrodem tu jest prawdziwym błogosławieństwem. 50 tysięcy ton! Taką zawrotną sumę osiąga połów dorsza w tym regionie, nic dziwnego, że to potężny dział gospodarki całego kraju.

Tu ryby pachną pieniędzmi. Stelaże z rybami są przy każdym domu i pod każdym balkonem. A jadąc wzdłuż wybrzeża rozciągają się na kilometry robiąc miejsce na 15 tysięcy kaskad wypatroszonej ryby. Tak suszone wiatrem i odpowiednią temperaturą ryby mogą być zdatne do zjedzenia nawet przez kilka lat. Suszony kilogram ma tyle wartości odżywczych co pięć kilo świeżej ryby.

Zimą na Lofotach praca w przetwórniach wrze. Rybacy dostarczają pełne kutry dorszy, których flota każdej zimy liczy ponad 30 tysięcy. Na produkcjach ryby są patroszone i odcina im się głowy. Z głów wycina języki. To ponoć specjalność dzieci. Które wyciągają swoimi małymi rączkami jeszcze mniejsze języczki, które są rarytasem. Smażone lub gotowane w morskiej wodzie.

Wieczorem cały archipelag żyje historiami o walce z falami i ławicami ryb. Zajadając dorszowe mięso ich wątroby czy kawior. Mało kto wie, że dorsza najlepiej jeść na surowo. Jest on twardy i trzeba rzuć go przez parę minut. Początkowo smakuje tak jak śmierdzi.

Trzeba zaparcia i zrozumienia, żeby połknąć go. Kiedy już zmieni się w ustach w jednolitą papkę. Ale uratował na pewno nie jedno istnienie w czasach, kiedy Odyn rządził krajem. Zdobycie go to żaden wyczyn wystarczy kupić w sklepie.

Ubocznym produktem suszonych dorszy był tran pozyskiwany z ich wątroby. Od epoki Wikingów wykorzystywano olej do lamp i impregnowania skór. Wzdłuż wybrzeży oprócz stelaży na ryby były jeszcze specjalne Kadzie do pozyskiwania tranu.

Stosowano prostą metodę, olej wypływał małymi kroplami z rybiej wątroby zawieszonej na hakach, kiedy ta zaczynała gnić i rozkładać się. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jaki to musiał być smród.

Tutaj na Lofotach proces osiągnął mistrzostwo. Na szczęście aptekarz Peter Møller w 1854 roku opracował nowoczesną metodę maszynowego pozyskiwania tranu za pomocą pary. Tylko on wie czy na potrzeby światła jako paliwo do lamp. Czy witaminy D w walce z krzywicą. A może zimowej depresji. Pewnie jedno, drugie i trzecie. Nie zmienia to faktu, że stał się bezcenny dla życia mieszkańców. A my jesteś mu wdzięczni, bo metoda jest bez zapachowa.

Svolvær przywitał nas nowoczesnością i współczesnym duchem. Najdalej wysunięte na północ archipelagu nabrzeże to nowoczesne budownictwo, drewno, nikiel i szkło, ale o dziwo robiące dobre wrażenie. Zapewne większość mieszkań jest hotelami bądź prywatnymi kwaterami dla turystów, ale odnieśliśmy wrażenie, że jest to też miasto młodych.

Dużo firm turystycznych i bardzo zachęcających knajp. I pomimo tego, że mieszka w nim 4,500 mieszkańców robi wrażanie bardzo rozbudowanego. Takiego co to ma przyszłość. I w którym chce się żyć. Całe pobrzeże to ekspresowe połączenia promowe i trasy morskie na cały świat.

Svolvær to także plac zabaw dla zawodowych rybaków. Tu odbywają się coroczne Zimowe Mistrzostwa Świata połowu dorsza w Svolvær dla amatorów. Taka próba uczczenia rybołówstwa poprzednich epok sięgająca 1000 lat.

Solværgeita to góra koza lub kozia góra ze szczytem przypominającym kozie rogi. Lub autosugestia nazwy powoduje, że widzimy to co widzimy. Ale widzimy też panoramę miasta, a ta urzeka. Szczyt jest dla alpinistów a dla jeszcze bardziej nielicznych skok z rogu na róg.

Jeśli lubicie wojskowe klimaty Muzeum Wojny, Lofotem Kriegminnemuseum pokaże Wam nawet bombki z podobiznami najważniejszych hitlerowskich dowódców. Bombki choinkowe oczywiście. Portfel Evy Braun żony Hitlera czy akwarele malowane przez Hitlera. Doprawdy szkoda, że nie został malarzem.

Lofotach są cztery słynne, piękne, podobne do siebie jak bliźniacze siostry Osady Rybackie to Henningsvær, Nusfjord, Å i Reine.

 Henningsvær nazywany jest Wenecją Lofotów, bo nie uległ współczesnym trendom architektonicznym. To oczywiście wioska rybacka, ale za to największa na całym archipelagu. To tutaj na bagnach osady znaleziono najstarsze narty w Norwegii datowane na 2 tys lat.

Nusfjord urzeka. To najstarsza i najlepiej zachowana osada i choć nie trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To ta prestiżowa organizacja objęła ja specjalną ochroną jako unikalne środowisko kulturowe związane z architekturą Norwegii. I słusznie jest w niej coś wyjątkowego. Jest jakby ukryta za skałami małej zatoczki, lecz pozwala odkryć swoje wnętrze. A tym którzy do niej dotrą maja wrażenie, że sami ja odkryli i jej tajemnicę.

Dziwne uczucie ogarnia nas, kiedy docieramy do drogi, która się kończy a dalej nie ma już nic. Koniec. To tu znajduje się Å i Lofoten. To kolejny skansen architektury rybackiej przekształcone w Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich Norsk Fiskeværsmuseum tworzą swoisty skansen.

To tu znajduje się stara wytwórnia oleju Kuźnia i czynne do dziś Piekarnia. Jest też Muzeum Sztokfisza Norsk Tørrfiskmuseum jak przystało na symbol Lofotów, i największy Bank Dorsza. Tu można zapoznać się z jego dawną historią i współczesnym procesem suszenia. Muzeum wyjaśnia jak dorsz zmienia się w sztokfisza. Pokazuje drogę od szczęśliwego dorsza pływającego w ławicy do szczęśliwego zjadacza go z talerza w norweskim domu.

Obiektem pożądania a zarazem nietypowym problemem tutejszych mieszkańców jest znikająca tablica z jej nazwą. Która potem zdobi ściany turystów złodziejaszków jako trofeum z Lofotów. I nic nie pomogła produkcja kopii tabliczek souvenirów. Tablica dalej znika.

Reine słynne Reine kto nie widział zdjęć o Lofotach na okładkach magazynów i Instagramie. Każdy kto jest nimi zainteresowany. Wprawdzie ta osada nie ma nic do zaoferowania oprócz uroku restauracji to broni się bajkowym pejzażem. I szczytem Reinebringen który ma 670 metrów n.p.m. i jest jak folder z reklamy Lofotów. Jest tak popularny, że kosztował 7 milionów koron i wymagał ściągnięcia Szerpów z Nepalu.

Ponieważ stary szlak był stromy, śliski niebezpieczny i ludzkie stopy wykopywały liczne kamienie. Przybyli Szerpowie by ochronić zadeptywana górę i ochronić ludzi przez kolejnymi wypadkami. Położyli 1560 schodów na wysokość 440 metrów n.p.m. Pięknych, kamiennych wijących się prawie na sam szczyt. Prawie, bo do końca brakuje 50 stopni.

Wchodząc ma się wrażenie, że więcej. Sama góra wydaje się wyższa. Widok z góry jest oczywisty. Widzieliśmy go wiele razy, ale na żywo to co innego. Piękne szczyty, porozrywane wyspy, pozszywane nićmi mostów. Warto.

Kiedy dotarliśmy do Kavalvika po północnej stronie Moskenesøya plaża jest miękka i z białym piaskiem. Przykleja się do skóry niczym księżycowy pył. Otoczona jest ostrymi górami. Po półtorej godzinie wspinaczki dotarliśmy do Ryten na ostry klif stąd widać w dole Kvalsvika. To tu Instagramerzy odkryli zarówno Kvalsvika jak i Ryten, więc nie mogliśmy liczyć na samotność.

Pod Himmeltinden z widokiem na Småtindan po drugiej stronie Steinfjorden leży piękna plaża Uttakleiv z dużymi kamyczkami. The Times nazwał plażę najbardziej romantyczną w Europie, więc możesz przywieść kogoś, kto coś dla Ciebie znaczy.

W Stornågen, niedaleko Kablevåg jest Akwarium z fokami, rybami i życiem morskim. Jest też Kościół Kabelvåg, zwany Katedrą Lofotów. Pochodzi z 1898 roku i jest największym drewnianym budynkiem w północnej Norwegii. Jest też największym kościołem w kraju z miejscami siedzącymi dla 1200 osób.

Muzeum Wikingów na Lofotach Lofotr Viking Museum ma zrekonstruowany statek Wikingów, kopię statku Gokstad z X wieku. Zrekonstruowaną również farmę wodza na podstawie wykopalisk, za rządów Wikingów, których sagi i legendy mieszają się z historią do dziś można poczuć w każdy zakątku tego magicznego miejsca.

Historia ożywa w kopii 83 metrowej Sali Bankietowej znalezionej w Vågan i warsztatach, w których odbywa się tradycyjne rzemiosło. Gdzie znajdują się ekscytujące znaleziska archeologiczne. Dzięki temu można przenieść się w przeszłość o ponad 1000 lat. Zapach palonego ogniska i statyści ubrani w stroje z tej epoki naśladując życie dopełniają misji.

Røstlandet składa się z 365 wysp, wysepek i wystających skał. Do Værøy i Røst można dotrzeć promem te dwie wyspy mają najłagodniejsze zimy w Norwegii są idealne do produkcji suszonych ryb.

Latarnia Morska Skomvær jest punktem końcowym Lofotów na południu. Stąd jest wiele wysp na północny wschód w kierunku Røstlandet: Hernyken, Trenyken, Ellefsnyken, Storfjellet, Vedøya. Værøy i wyspy w Røsthavet maja klify pełne ptaków. Około 1,5 miliona Maskonurów i Kormoranów, Lundefugl,Toppskarv, gniazduje żerując na morzu.

Najbardziej wysunięta na północ osada Lofotów na południowym krańcu Hinnøya największej wyspy w Norwegii to Raftsundet. Rozciąga się na 20 km na północ otoczona ostrymi szczytami. Które są domem największego stada Orłów Bielików w kraju i rajem dla ornitologów.

Dlaczego odnieśliśmy wrażenie, że ludzie zamieszkujący archipelag z pewną nuta rozdrażnienia, politowania i sarkazmu patrzą na nas przyjezdnych. Albo jak nie patrzą. Ignorują nas zostawiając wrażenie znudzonych naszą ciekawością, tym, że jesteśmy wszędzie, tym, że wchodzimy nieproszeni do ich łodzi lub domostw.

Zaglądamy na ich podwórka. Przeszkadzamy, naruszamy ich spokój. Komentujemy smród lub zacofaną bądź co bądź architekturę. Zadeptujemy góry, zawłaszczamy dzikie plaże, hałasujemy i zostawiamy bałagan. Wydaje nam się, że oni wcale nie prosili się o takie zainteresowanie. Ich kontakt ze światem nie jest na ich warunkach.

Mimo, że sami się do tego przecież przyczynili powołując do życia połowy za korony. Kiedyś tak ograniczone. Dziewicze zacofanie to był ich świat, w którym czuli się dobrze. Teraz wielki świat, przyszedł do nich.

Kontakty handlowe, interesy, turystyka, komercja, stały się nieodzowną częścią ich życia. I to ich gniecie. Dlatego my czuliśmy się jak nieproszeni goście, intruzi biorąc udział w tej niezrównoważonej turystyce jaka panuje na Lofotach.

Lofoty to też dolina cieni, gdzie północne słońce nie dochodzi. Szczyty górskie występują we wszystkich odmianach od półgodzinnych po całodniowe wyprawy. Archipelag od setek lat przyjmuje gości z bliska i daleka. Teraz Twoja kolej by rozkoszować się wszystkim, tym co Lofoty mają do zaoferowania. Krajobraz jest majestatyczny i zapierający dech w piersiach.

Sam region jest mekką dla osób poszukujących bliskiego kontaktu z bezkresem natury. Zorzy, słońca na cudnych plażach, jazdy na nartach, nurkowania, surfingu, wspinaczki, kajaków. Możesz podglądać ptaki i życie morskich potworów. Możesz wziąć udział w wyścigu rowerowym by objechać cały archipelag bez przerwy. Możesz galopować po plażach przy zachodzącym słońcu na koniach islandzkich.

Możesz pograć w golfa na polu golfowym, które od morza dzieli zaledwie kilka źdźbeł trawy i jej dywanów porośniętych między skałami. Najlepszym polu golfowym w Europie czynnym 24 godziny na dobę. Możesz spać na plażach, na skałach i na szczytach by grzać się dłużej północnym słońcem. Spróbuj, poczuj, zachwyć się.

0 Email

Nordkapp na krawędzi świata

by Agnieszka

Nordkapp, którego stara nazwa brzmi Kyskanes, a której nie używają już nawet lokalnie mieszkańcy był miejscem świętym. Przylądek Północny wyznacza równoleżnik 71°10’21. Klif od setek lat przyciąga żądnych przygód ludzi z całego świata. Cel jest wspólny, dotrzeć do najbardziej wysuniętego na północ zakątka Europy.

Tutaj jesteśmy tak daleko od bieguna jak i od Oslo. Tu zaczyna się droga europejska, albo kończy. Skąd można dotrzeć z najbardziej na północ wysuniętego przylądka Norwegii do najbardziej na południe położonego Lindesnes.

Duchowni już od XVI wieku zapuszczali się w północne rejony Norwegii, ale najbardziej wysunięta na północ część Europy była wciąż nieodkrytym obszarem. Nieznaną i niebezpieczną północą. Wrotami piekieł. Tu dusze wypełniały jaskinie i z gardeł wydobywały przeraźliwe dźwięki. Gdzie wszędzie wisiały suche ryby, ludzie żyli po 150 lat i zaklinali przyszłość. Pełni strachu wypełniali niepoznane części wyspy rysunkami węży morskich i wielorybów-trolli atakujących żaglowce.

Silne siły natury sprawiały, że obszar ten był niebezpieczną wodą, a marynarze i podróżnicy opowiadali wiele dramatycznych historii. Nasza będzie raczej radosna. No prawie.

Nordkapp to ogromny klif, nie znajduje się na kontynencie, ale ma własną wyspę Magerøya. Wyspa ma strome wybrzeże, na szczycie którego znajduje się falisty, rozległy płaskowyż. Ma przyjemny klimat dzięki Golfsztromowi. Zimą, Nocy Polarnej przypada 67 dni, która trwa od 18 listopada do 24 stycznia. Latem 77 dni Polarnego Słońca od 11 maja do 31 lipca.

Roślinność jest rzadka, ale w osłoniętych od silnego wiatru miejscach walczy o przetrwanie mała brzoza i wierzba. Bezkres pustkowia jest przerażający. Tylko renifery zbyt udomowione dają poczucie obecności człowieka. Niepotrzebnie. Chcieliśmy czuć, że dalej nie ma już nic, że tutaj nadal jest kiedyś.

Wyjeżdżamy z Alty jest czerwiec, jest ciepło a rzeki ciężkimi wodami zalewają brzegi, zabierając nawet ludziom domy. Czuć niepokój. Ludzie przychodzą nad rzekę obserwować jej żywioł. Ona nic sobie z nich nie robi, jest tak przecież co rok. A może tej wiosny jakby bardziej.

Bo czerwiec na północy to wiosna. Im dalej na Nordkapp raczej przedwiośnie. Nieśmiałe, niepewne. Większość parkingów, zjazdów i atrakcji pokrywa jeszcze brunatna warstwa śniegu. Wszystko jest jakby brunatne. Niebo, droga, pobocze, bezmiar widnokręgu.

Pędzimy autem po bezdrożach podnieceni samotnością. Bardzo rzadko mija nas auto. Nie ma domów, drzew. Trawy jeszcze nie wzeszły, porosty i mech ma zgniły kolor. Doprawdy nie wiemy co te biedaki w puszystych futrach jedzą. Co innego te mijane w soczystych lasach Finnmarku, ale tutaj.

Mijamy tylko plamy brudnego śniegu, rwące potoki z śniegowymi czapami mając nadzieję, że na naszych oczach odłamią się i spadną do wody ukazując turkusowy kolor lodu. Pługi śnieżne stoją zapomniane, bezużyteczne czekając, kiedy znów będą królami szosy północy. Tak niezbędnymi dla ludzkich potrzeb.

Droga E6 przez Sennalandet ma prawie 90 kilometrów jest księżycowa, prosta i gładka. Miejscami widać tylko zęby pługów śnieżnych i pogryzione barierki. Które co roku wymieniają służby drogowe. Widocznie jeszcze nie zdążyli. Jeszcze jest za wcześnie.

Widzimy na drodze stado Reniferów. Zatrzymujemy samochód, przez otwartą szybę auta dotykam nosa jednego z nich. Ma wielki nochal pokryty kurzajkami, boję się zarazić, ale to jest silniejsze ode mnie. Wyciągam palce dłoni, kładę na nosie. Bezcenna sekunda. Trwam w bezruchu, żeby go nie spłoszyć. A on patrzy na mnie przekręconymi nienaturalnie zbyt mocno w przód oczami jakby miał zeza. Ma nadzieje, że dostanie coś do jedzenia.

Na łbie ma rogi. Robią wrażenie żyjących własnym życiem i jakby przeszkadzały mu.Powyginane, pokręcone, poplątane, jeden inny od drugiego z futerkową otoczką. Jakby porośnięte mchem. Przez to zwierzę wydaje się jakieś niedoskonałe a przecież jest doskonałe.

Latem Saami pochodzący z Karsjok i Kautokeino wypasają tu setki reniferów, to ich letnie pastwiska. Stada transportowane są okrętami desantowymi Marynarki Wojennej. Statki dobijają do brzegu plaży Magerøysundet unoszą swe paszcze wypuszczając ogromne stada zwierząt ku wolności, by mogły spędzić lato po ciężkim pracowitym, zimowym sezonie.

Renifery wyglądają jak zjedzone przez mole, ponieważ zmieniają futro, by w sierpniu nowe gęste futro lśniło na północnym słońcu. Kiedyś musiały przepływać same by szukać pastwisk teraz człowiek decyduje o ich losie bardziej niż kiedyś.  Coraz mniej miejsca mają do życia. Coraz bardziej łamie się ich naturę i oswaja, ale mają w sobie coś dziko nieufnego. Coś co powoduje, że żywimy nadzieję, że te tereny są wyludnione i nieuczłowieczone.

Im bliżej końca tym mniej dziko. Bezmiar zmienia się w wody Oldenfjordu, którego spienione fale zlizują piach z drogi. Mijamy kilka małych wiosek, których nazwy są w dwóch językach, a których nie umiemy nawet wymówić. Norweskim i Saamiskim lub Sapmi jak kto woli. Czuć odwieczny konflikt kulturowy.

To tu od zawsze potępiano i poniżano dzikich Saamów rdzenną ludność, która podążała za reniferami, gdy one granic nie uznawały. I choć Król Harald V przeprosił za norwegizację i choć od ponad 30 lat funkcjonuje Sametinget, Organ Doradczy Norweskiego Parlamentu, który miał reprezentować tych północnych, (czy reprezentuje to już inna sprawa) to konflikt trwa nadal na tle etnicznym i kulturowym. Tak jakby Saamowie nie umieli samo stanowić o sobie.

A może to konflikt interesów między hodowcami reniferów a tak zwanymi zwolennikami postępu i ogromnych inwestycji.

Jedziemy E69 trasą wybudowaną w 1999 roku. Wjeżdżamy w Tunel Nordkapp, Nordkapptunnelen podmorski tunel pod Magerøysundet który połączył kontynent z Jałową Wyspą, czyli Magerøya na której jest Nordkapp.

Budowano go trzy lata ma długość prawie 7 kilometrów i dwa kilometry schodzi pod poziom morza. Wystarczy, bo poczuć ciśnienie w uszach.Obecnie jest to jeden z najbardziej spektakularnych odcinków drogi o wdzięcznej nazwie FATIMA i nie jest drogą do portugalskiego Sanktuarium a skrót od nazwy Fastlandsforbindelsen til Magerøya.

Ten 17 kilometrowy odcinek składający się z trzech tuneli i pięciu mostów kosztował miliard koron! I jak widać nie jest to koniec inwestycji. Mijamy place budowy. Widzimy, jak buldożery wgryzają się w góry i drążą dziury na nowe tunele. Widocznie ludziom za mało cywilizacji na tej Jałowej Wyspie.

Dawniej dostać można się było tylko za pomocą promów między Kåfjord i Honningsvåg. Nam zwyczajnie szkoda, że tak nie pozostało.

Za tunelem dojeżdżamy do Honningsvåg oddalonym trzydzieści kilka kilometrów i ostatnim miastem przed Przylądkiem Północnym. Jest największym zamieszkałym miejscem, to małe miasteczko na bardziej osłoniętym wnętrzu wyspy. 

Honningvåg był znany jako Małe Chicago, jest wiodącym miastem na wyspie od ponad stu lat. To tu żyje większość niemalże 3 tysiące z 6 tysięcy mieszkańców wschodniego wybrzeża wyspy a wszystko w kolorowym stylu zabudowy choć wojnę przetrwał jedynie kościół z 1885 roku.

Reszta została spalona doszczętnie przez Niemców, tak jak zresztą cały Finnmark. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy duże trawlery fabryczne z Norwegii i zagranicy porywały dorsza na Morzu Barentsa i dostarczały go do fabryk w Honningsvåg w nocnych klubach toczyło się życie. 

U młodych, spragnionych mężczyzn towarzyskich kobiet na lądzie tańczyły nocą hormony, hamowane jedynie przez niekorzystną dla nich równowagę płci. Wyblakłe oczy czy braki w uzębieniu to ryzyko, z którym trzeba było się liczyć.

Honningsvåg wydało się wyjątkowo nowoczesne zbyt nowoczesne, jakby miejscowi drwili sobie z warunków i jakby zima ich nigdy nie nękała. Ale jakie miało być, skoro w porcie co roku cumuje ponad setka statków wycieczkowych. Od niedawna nosi tytuł najdalszego północnego miasta na świecie. Pokonując Hammerfest.

Jest bramą Przylądka Północy. Od trzystu lat ten znaczący port rybacki pomału zmienia się w punkt wypadowy na Nordkapp, a całe jego życie skupia się nabrzeżu portowym. Cumuje tu słynny Hurtigruten i arktyczne wycieczkowce na Spitsbergen.

Na nabrzeżu, gości wita Troll olbrzymi rodem z Geiranger, kafejki, sklep z pamiątkami, wspornik Meridian wzniesiony na cześć pomiarów globu ziemskiego w 1895 roku i pies bernardyn Bamse.

Czerwiec w mieście jest jeszcze cichy i pusty. Miasto nie wstało z zimowego snu. Wszystko zamknięte. Nie dostaniemy się do Muzeum Przylądka Północnego Nordkappmuseet. Nie poznamy historii wypraw na kraniec Europy. Nie zobaczymy słynnego generatora prądu z pancernika Tripitz, ani największej na świecie skóry z niedźwiedzia polarnego.

Nie poznamy historii jego upolowania.  Nie odwiedzimy też legendarnego baru „Nøden” by obejrzeć słynną rewię. Nie ujrzymy też Kraba Królewskiego czołgającego się u wybrzeży. Dobrze, że choć do pomnika psa możemy się przytulić.

Ostatnia kręta droga i wyłania się przed nami olbrzymi, pusty parking z budkami kontrolnymi. Miliony ton asfaltu. Wygląda trochę jak granica w Karlskronie po odpłynięciu promu. Zatrzymujemy się przy jednej z nich, ale ni żywej duszy. Nigdzie turystów. Nikogo z 200 tysiąca odwiedzających rocznie.

Gdzie sznury kamperów staruszków z bogatych krajów, gdzie starość to nie wyrocznia. No gdzie? Jesteśmy sami. Wiedzieliśmy, że księdza Francesco Negri raczej nie zobaczymy, bo on był tu pierwszym turystą, ale żeby nikogo.  Widocznie sezon jeszcze nie rozpoczęty.

Na końcu parkingu stoi okazały, nowoczesny i wielki budynek kompleksu Nordkapphallen. Dziś zakotwiczony w klifie dający schronienie przed siłami natury na ostatniej prostej w kierunku Oceanu Arktycznego.

Parkujemy prawie przy wejściu, czuć porywy wiatru. Jeszcze nie wiemy, że jesteśmy jedynymi, pierwszymi i ostatnimi turystami tego dnia. Wita nas sympatyczny młody chłopak, pracownik. Przedstawia wyuczoną regułkę informacyjną na temat hali i tego z czego możemy skorzystać a raczej z czego nie możemy. Jesteśmy małą grupą więc nikt restauracji dla nas nie otworzy, ale kino i owszem. Słono płacimy i po wymianie informacji rozmawiamy trochę luźniej.

Chłopak jest z Alty codziennie dojeżdża autobusem tu do pracy. Polka jest szefową kuchni. Był w Ålesund, czyli tak jakby u nas. Mówi też jedno zdanie. Jesteście odważni, że przyjechaliście dzisiaj. Ale brzmi to jak niepoważni.  Wkrótce mamy przekonać się, dlaczego.

Jesteśmy bardzo przejęci i podekscytowani tym, że dotarliśmy. Zapinamy kurtki i wychodzimy na zewnątrz na plac, który wieńczy kręcący się globus. By go dotknąć i zrobić upragnione fotografie. Pierwsze dziesięć metrów pokonujemy raczej normalnie by nagle poczuć żywioł siły wiatru.

Pierwszy raz w życiu musimy trzymać się barierki by dojść do celu i odwracać głowę od wiatru by złapać oddech. Porywy są tak mocne, iż mamy wrażenie, że gdyby nie siatka ogrodzenia to już dawno pływalibyśmy jakieś 300 metrów niżej w wodach klifu Przylądka Północy. Śmiejemy się do utraty tchu.

Czekamy, aż podmuchy ustaną by móc zrobić kolejne kilka kroków i cudem cyknąć kilka zdjęć. Wiatr wieje z prędkością 80 km na godzinę, ale tu na klifie trochę jakby mocniej. Nie słyszymy się, bo głos porywa wiatr. Niebo choć mroczne wcale takie nie jest. Jest cudownie. Wszystko nam się podoba, nawet wiatr i nasza bezradność wobec niego. I to pustkowie. Tego właśnie chcieliśmy. Odludzia i poczucia respektu wobec sił natury.

Stanęliśmy na gigantycznym balkonie z widokiem na bezkresne morze i idealny horyzont połączony ze sobą razem na wieki. Jeśli dodamy to bezludzie i wyobrazimy sobie piękno nocnego słońca rozumiemy, dlaczego tysiące turystów przyjeżdża tu rok w rok doświadczać przestrzeni świata. Czujemy się jak mikroskopijne części doskonałej nieskończoności wszechświata.

Globus wydaje się mniejszy niż na zdjęciach, zbudowany w 1978 roku, jest symbolem Przylądka Północnego jako globalnego miejsca spotkań. Tutaj ludzie z całego świata spotykają się i dzielą zachwyt pięknem ogromnego klifu i bycia na krańcu Europy.

Wracamy do hali. Skóra na twarzach i rękach jest czerwona od wiatru i piecze. Chłopak smaży wafle i jeszcze ciepłe zjadamy z kawą i dżemem. To taki luksus samotnego zwiedzania mekki podróżników. Nie wzniesiemy toastu szampanem ani nie zjemy obiadu w restauracji, nie wyślemy pocztówki ze stemplem z lokalnej poczty, ale spacerujemy podziemiami oglądając wystawy, jaskinie, multimedialne prezentacje, zdjęcia.

W hali znajduje się Muzeum Tajlandzkie otwarte na cześć Króla Syjamu, Chulalongkorn, obecnie Tajlandii który przybył z wizytą w 1907 roku. Hala została zbudowana wokół kamienia, na którym król wyrył swoje inicjały a która jest traktowana jak pierwsza księga gości. Ogromny kamień można oglądać pod przeszkloną gablotą w hali.

Tu historia miesza się z nowoczesnością, czuć ogromne pieniądze jakie pochłonął ten projekt. Ale robi wrażanie i a przecież o to chodziło. Nasuwa się refleksja, czy gdyby na Nordkapp był tylko klif i gdyby człowiek nie wkopał się w niego swoimi pazurami próżności a droga do niego wiodła przez wodę nie asfalt.

I czy gdyby trzeba było się wspinać na klif od strony zatoki to ilu by tu nas przybyło. Może prawdziwi podróżnicy. Na pewno nie my, zwykli konsumpcyjni turyści. Smutne prawda.

W społeczeństwach prymitywnych w dawnych czasach religia kojarzyła się z ciemnością i światłem, symbolami życia. Dziś współczesny człowiek wciąż szuka drogi odnosząc się do tych samych symboli i poszukiwania życia wiecznego w świetle i w dniu trwającym 24 godziny, aby mógł przejść z dnia na dzień bez ciemności jako symbol jasnego życia.

Być może Przylądek Północny jest wielkim balkonem, na którym można uwiecznić podobnie jak prymitywny człowiek życia w świetle, nie mroku.

Może dlatego ludzie przybywający od VI wieku tu, na koniec świata nadają temu miejscu religijne znaczenie. Tu spotykają się ludzie z całego świata i różnych wyzwań. Kaplica św. Jana nazywana kaplicą Apostoła Światła jest zatem najdalej wysuniętą na północ ekumeniczną kaplicą na świecie.

Znajduje się w hali jest wykuta w skale. Tutaj każdy niezależnie od wiary, może znaleźć miejsce na refleksję i medytację. Kaplica ma trzy symbole, Chrystusa, Krzyża i Gołębicy. Jedynymi symbolami które mogą pogodzić wszystkie wyznania. St. Johannes Kapell jest dziełem norweskich artystów i rzemieślników. Muzyka, która jest odtwarzana skomponował i zadedykował Jan Garbarek utalentowany muzyk Jazzowy Norwegii.

Tutaj tez odbywają się śluby, chrzty oraz nabożeństwa. Po wejściu do kaplicy zapalają się światła a muzyka rozbrzmiewa w uszach. Naprawdę czuję się Stwórcę, cokolwiek dla każdego on znaczy. Byliśmy tam sami. I jest coś magicznego w tym miejscu. Czuję się siłę wiary.  

Podziwiamy piękną panoramę tym razem za szkłem okien galerii. Oglądamy film panoramiczny o czterech porach roku na Nordkappie „Nordkapps 4 årstider i już żałujemy, że nie dotarliśmy tu zimą jadąc za pługiem w tumanach fal bryzgającego śniegu Roadtripem jeden za drugim. Tam i z powrotem.

Sławę i popularność Przylądek zdobył dzięki błąkającemu się kapitanowi statku Bonaventure w 1553 roku. Szukając drogi do Azji Richard Chancellor przepływając koło potężnego górskiego klifu oblicza położenie i nazywa go Przylądkiem Północnym a norweska nazwa Nordkapp jest po prostu tłumaczeniem tego.

Blisko sto lat później włoski ksiądz i podróżnik Francesko Negri przybywa pieszo na ten sam klif w 1664 roku i tak pisze: I oto staję na Przylądku Północnym, najdalszym punkcie Finnamarku, na krawędzi świata. Tutaj świat się kończy, tak jak i moja ciekawość, a teraz da Bóg, powrócę do Danii i do mojej ojczyzny. On który przebył dwuletnią wyprawę po Skandynawii na pieszo w tym miejscu poczuł spełnioną misję końca wyprawy.

To musi być wspaniałe uczucie. Dojść do końca ziemi, gdzie nie ma już nic i zaspokoić swoją ciekawość. Później w 1798 roku Giuseppe Acerbi odkrywca, pisarz, archeolog i muzyk podziwiając to miejsce i tak napisał: Tu czuje się jak twórca. I tworzył słynne dzieła.

W tym samym roku znanym gościem był też w 1798 roku książę Ludwik Orleański, późniejszy Król Francji Ludwik Filip XVII. Dotarł w te odległe rejony, aby uniknąć śmierci z rąk francuskich rewolucjonistów. Szukał pocieszenia u córki księdza w Måsøy, pozostawiając nieślubne dziecko i swoje ślady DNA na północy, które wciąż płynie w żyłach rybaków.

Z wdzięczności zostawia swoje popiersie. Majestatyczne marmurowe selfie w 3D na którym wcale nie jest przystojny.

Większość pocztówek już z 1900 roku przedstawia północne słońce na tle pomnika Króla Oskara II ówczesnego władcy Norwegii i Szwecji będących w Unii, który stał w miejscu obecnego Globusu, i oznaczał najdalszy punkt królestwa. Król dużo opowiadał o wyprawie na daleką północ.

Jego statek zakotwiczył w Hornvika w 1873 roku, tuż poniżej Przylądka Północnego, a energiczny młody król wspiął się na 1000 stopni na płaskowyż bez żadnych problemów. Teraz przed głównym wejściem do ośrodka leży pamiątkowy kamień. Wizyta wzbudziła zainteresowanie światowej prasy a turystyka wystartowała pełna parą. Już w 1875 roku pierwsza grupa turystów przypływa statkiem wycieczkowym.

Nim powstała hala, w lipcu 1891 roku na drugim końcu płaskowyżu otwarto Pawilon Szampański domek, w którym serwowano Szampana, a który to zwyczaj zapoczątkował Carl Vogt i jest celebrowany do dziś, tutaj turyści szukali schronienia lub wysyłali pocztówki. Pawilon został zamknięty na stałe w 1914 roku. Był to pierwszy drewniany domek, w którym była poczta i poczekalnia.

W latach 30 XX wieku dobudowano nowy budynek, który zastąpił stary pawilon. W 1933 roku przebudowano go na poczekalnie, a toalety przeniesiono do osobnego małego budynku.

Dawne domy na płaskowyżu Nordkapp nie spłonęły jesienią 1944 roku jednak w 1947 roku poczta była już tak bardzo zniszczona, że trzeba ją było rozebrać i odbudować ze starych materiałów. Podczas budowy nowego Nordkapphallen dom został wykorzystany jako barak pracy i zburzony w 1958 roku.

Obecnie trzy piętrowa kondygnacja Nordkapphallen, czyli centrum Nordkapp zostało ukończone w 1958 roku a oficjalnie otwarte 2 lipca 1959 roku. Ale jest tak nowoczesne i zadbane jakby zostało otwarte wczoraj. Robi ogromne wrażenie. Znaczna jego część jest wykuta w skale.  

Zaprojektowali go dwaj architekci Peder Cappelen i Torjørn Rodahl. Kiedy w 1956 roku otwarto drogę na Nordkapp liczba turystów drastycznie wzrosła, a wraz z nią potrzeba lepszej obsługi i lepszej przestrzeni dla odwiedzających.

Nim powstała droga turyści i goście musieli wspinać się po stromym zboczu cumując łódź w Hornvik około kilometra na południowy wschód od klifu.

Latem 1999 roku Król Harald otworzył połączenie lądowe z przylądkiem północnym. Trochę szkoda przechodzi nam przez myśl. Teraz wygoda i łatwa komunikacja odebrała trochę niedostępności temu miejscu.Stało się zbyt łatwe do zdobycia, dla każdego.

Dziś łodzie, samoloty i autobusy sprawiają, że to mitologiczne miejsce jest popularnym celem podróży. Zbyt popularnym i zbyt dostępnym.

W 1988 roku na przylądku Północnym miał miejsce wspaniały projekt autora Simona Flema Devolda. Dzieci Ziemi. Siedmioro dzieci, wybranych losowo tj. Jasmine z Tanzanii, Rafael z Brazylii, Ayumi z Japonii, Sithidei z Tajlandii, Gloria z Włoch, Anton z Rosji i Louise z Ameryki, wykonało płaskorzeźby, przedstawiające ludzkie twarze, które odlano z brązu by stanęły na zewnątrz hali wraz z cudownym posągiem kobiety z dzieckiem wykonanym przez artystkę Eve Rybakken.

Dzieci Ziemi symbolizują współpracę, przyjaźń, nadzieję i radość ponad granicami. Projekt rozpoczął się w 1989 roku i co roku na początku czerwca przyznawana jest nagroda humanitarna na rzecz dzieci na całym świecie poszkodowanych przed głód i wojny. W walce o ich lepszy byt.

Każdy kto odwiedza Nordkapp może zostać członkiem The Royal North Cape Club od 7 czerwca 1984 roku cały płaskowyż przeszedł pod zarząd gminy. Club jest lokalną społecznością i ma za podstawowy obowiązek propagować wiedzę o Przylądku, jego historii i naturze.

Członkostwo jest sprzedawane w głównej hali a dochód trafia do lokalnego funduszu ochrony środowiska. Członkostwo można podpisać tylko osobiście. Wszyscy członkowie The Royal North Cape Club mają dożywotni bezpłatny wstęp na Nordkapp.

Kończymy zwiedzanie hali, zamierzamy obejść jeszcze drugą stronę i obejrzeć płaskorzeźby, ale wiatr porywa kamienie z parkingu tak mocno, że ból uderzeń o skórę jest zbyt silny byśmy mogli spacerować. I wtedy zauważamy wybite tylne szyby samochodu, popękane na drobny mak które utrzymuje jedynie folia przyciemniająca przyklejona do okien.

Chwila konsternacji. Próbujemy ogarnąć co się stało i dociera do nas, że kamienie te które tak boleśnie uderzały nas po nogach wybiły też szyby w naszym busie.

Jesteśmy podłamani, szyby wstawimy, ale nie dotrzemy do cypla z widokiem na morze i ścianę urwiska Nordkapp. Na tym wietrze jesteśmy bez szans. Czujemy niedosyt, który miesza się z rozczarowaniem. Ale z drugiej strony dobrze, że wina jest po stronie wiatru.

Golfsztrom pokazał swoja siłę. Przecież targał nami jak liśćmi, a raczej jak szmatami. Gdyby zawinił człowiek lub nasze postepowanie nie potrafilibyśmy tego wybaczyć. Teraz pokornie wsiadamy do samochodu, by rozpocząć samotną powrotną drogę ku cywilizacji. Tak jak po wizycie w Tromsø gdzieś tam w środku czujemy, że to nie koniec z północą, że ten hen północny jest gdzieś w nas i musimy tu wrócić. Po to to wszystko.

Ale jedziemy dalej na zachód tutaj krajobraz łagodnieje. Zamiast stromych klifów piękne wysepki przypominające rafy. To tam leży wioska rybacka Gjesvær. Osada istnieje od czasów wikingów i pięknym archipelagiem idyllicznych wysp i wysepek, mieszka tu przez cały rok zaledwie 120 osób.

Wokół wioski na trzech wyspach znajduje się rezerwat przyrody Gjesværstappan gdzie gniazduje wiele gatunków ptaków. Jeden z największych siedlisk w Norwegii. Gniazdują tu Maskonury, Rybołowy, Kormorany.

W sumie 3 miliony ptaków Na morzu jest dużo planktonu dzięki temu wody obfitują w ryby a ptaki mają pożywienie. Niestety z obszaru zniknęły lwy morskie, foki i wieloryby i nietrudno się domyślić kto wygrał te nierówną walkę o terytorium i życie w nim. Stąd też organizowane są wycieczki Birdsafari by podglądać ptaki walczące o najlepsze miejsca na gniazda i rozpocząć sezon lęgowy na oczach setek ludzi.

Skarsvåg z kolei to najbardziej na północ wysunięta wioska na świecie. Dziś mieszka tu około 60 osób, choć kilka dekad temu było ich pięć razy więcej. Z wioski można dojść do Bramy Kościelnej, Kirkeporten która jest naturalnym skalnym łukiem, przez który można podglądać Nordkapp i nigdy niezachodzące słońce.

Jest mały port, który skupuje ryby z lokalnych kutrów jest fabryka Stokfisza w którym pracują Polacy. Kamøyvær natomiast jest sam w sobie małym fiordem, cichą zatoką, gdzie ludzie pomiędzy wielkimi głazami pobudowali i kolorowe domki.

Wszystkie wioski rybackie Fiskeværet są jakby zapomniane, żyją raczej dla turystyki niż z ryb. Wiele pustych porzuconych domów, wszechobecna cisza i pustka. Na wpół wymarłe uliczki. I tylko starzy przywiązani do miejsca ludzie, pamiętający czasy świętości, ale i oni pomału umierają razem z wioską.

Ostatnie komórki cywilizacji w potężnej nagiej przyrodzie. Umiera wszystko co cywilizacja nie jest w stanie pochłonąć. Umiera wszystko co człowiek nie chce ujarzmić. Tak modna ostatnio forma turystyki, czyli zgodna z naturą jest jedynie cichym marzeniem, bo my ludzie pozbawieni instynktu przetrwania inaczej postrzegamy kontakt z naturą. A ona nas nie potrzebuje.

0 Email

Potencjalne powody, dla których ludzie podziwiają Kjeragbolten, będący osadem lodowcowym nie tworem człowieka to wyobrażenie, że kamień może spaść w dowolnym momencie i to jest ekscytujące.

Jeśli staniesz na Kjeragbolten poczujesz dumę, że tańczysz z przeznaczeniem. A Twoje odważne serce przepełni duma. Zobaczcie wszyscy, gdzie wlazłem. Pomyślisz. Bo pomyślisz. Jeśli zatem masz odwagę właź, ale jeśli zrobisz jeden zły ruch, zrobisz bardzo duży zły ruch. Zatem powodzenia.

Kjerag sercem Lysefiordu

984 metrów w samym sercu Lysefjordu w skalnej szczelinie około 50.000 roku p.n.e. utknął ogromny głaz Kjeragbolten. Wisiał tak sobie, aż człowiek go nie odkrył i nie stał się najpopularniejszym głazem w Norwegii. Jest wielki, śliski i budzi zachwyt. Dlatego dla tysiąca (dziesiątek tysięcy) turystów jest celem samym w sobie.

Zapozować stojąc na kamieniu zawieszonym nad przepaścią jest, jak stanąć na podium zwycięzcy. Budzi podziw i pożądanie. Dla jednych to wyczyn. Dla innych nic trudnego. Ale niezmiennie przyciąga. Każdy chce zdobyć cel, który zachwyca tłumy. Doświadczyć wyjątkowego. Stanąć na Kjeragbolten prawie 1000 metrów nad poziomem morza z widokiem na 42 kilometrowy Lysefiord bezcenne.

Kjeragbolten kamień, który przyciąga

Aby wejść na kamień Kjeragbolten wystarczy zrobić duży krok. Tylko tyle i aż tyle. Bo okazuje się, że ten krok jest najtrudniejszy. Trudniejszy niż wspinaczka do niego. Kjeragbolten jest spory ma około 5m3 objętości, spokojnie zmieszczą się tam dwie osoby a nawet cztery. A jednak decyzja nie jest taka oczywista.

Nie wiadomo ilu ludzi spadło w przepaść. Wiadomo, że kilku Base Jumperów zostawiło swoje dusze wbite w ścianę skalną na zawsze. Więc musisz być pewien, że nie tylko wejdziesz, ale i zejdziesz z niego sam. Bo na kamieniu możesz liczyć tylko na siebie.

Trasa na Kjeragbolten

Trasa na Kjeragbolten nie jest łatwa, ale i też nie jest trudna. Jest męcząca. Ale jeśli chodzisz po górach to nie sprawi wyjątkowej trudności. Szlak na przemian ma strome podejścia i strome zejścia. Duża część trasy to szlak w asyście łańcuchów. O ile bardzo pomagają wspiąć się po płaskiej śliskiej skale. Tyle zejście bez ich asysty byłoby trudne, niebezpieczne a wręcz niemożliwe bez pomocy pośladków.

Płaskowyż nad Lysefiordem

Szlak jest szalenie piękny. Płaskowyż jest jałowy, mieniący się łysymi jak kolano granitowymi skałami tak odmiennymi od reszty ostrych skał w Norwegii. Znów przyroda udowodniła jak dobrym jest architektem krajobrazu. Zielone doliny z jęzorami lodowatych strumieni, do których niektórzy mają odwagę wejść.

Skały klifu i mieniący się turkusowo-granatową wodą kwitnącą glonami fiord. Świetlisty Lysefiord powoduje, że jest pięknym miejscem na zdjęcia. Ale i pięknym dla duszy.

Kjerag dla Base Jumperów

Większość ludzi przychodzi po wymarzony widok na głaz. Ale Kjerag ma dużo więcej do zaoferowania. Warto znaleźć szpiczasty punkt widokowy Nesatind, gdzie klif spada 1000 metrową pionową ścianą w przepaść. Oferuje widoki na cały fiord w tym na Preikestolen w oddali.

Poszukaj Base Jumperów, którzy rzucają się z klifu naprzeciwko Nesatind i lądują szczęśliwie w Geitaneset daleko poniżej. Widok ze szczytu zapiera dech w piersiach a małe jak ważki helikoptery latają tuż nad szczytami. Ostateczną nagrodą za wspinanie niech będzie skok na głaz Kjeragbolten. Skok na koniec wędrówki i dopełnienie misji.

Kamień twór czy wytwór?

Kjeragbolten wygląda tak, jakby gdyby został tam umieszczony przez ludzi pomiędzy górami. Jakby był kamiennym mostem między skałami. A prawda jest taka, że zaklinował się tam podczas kilku epok lodowcowych. Targały one Norwegią i deformowały krajobraz aż 22 razy.

Ostatnia epoka lodowcowa spowodowała wysoki poziom wody. Zalał on fiordy a jego ogromna siła wody przesuwała głazy, których jeden z nich zaklinował się. Opadające wody nie mogły go przesunąć. I wisi tak sobie do dziś.

Kjerag czy Kjerabbolten?

Kjerag i Kjeragbolten to jedno z najbardziej aktywnych i znanych miejsc na świecie. Często używa się zamiennie nazw Kjerag i Kjeragbolten. To błąd. Kjerag to płaskowyż, na szczycie którego znajduje się kamień Kjeragbolten.

Od momentu, kiedy Stein Edvardsen lider klubu Base Jumpingu w Stavanger jako pierwszy odważył się skoczyć z Kjerag. Od tego czasu wykonano prawie 60.000 skoków. Kilka z nich z fatalnym skutkiem. Ale chętnych nie brakuje.  

Gdzie do cholery jest Matt?

Dawniej zwiedzano go z pokładów statków pływających po Lysefiordzie. Jednak odkąd Matt Harding zatańczył na głazie o 3.43 nad ranem w serialu „Gdzie do cholery jest Matt”. Od tego czasu taniec na kamieniu Kjeragbolten stał się pragnieniem wielu fanów Matta na całym świecie.

Potem powstał filmik instruktażowy, który nagrała Lacie Gregson i opublikowała w Internecie z przesłaniem jak dostać się na głaz. Od samego patrzenia włosy staja dęba.

Akrobacje na linie nad fiordem

W kamieniu Kjeragbolten jest wbita metalowa obręcz. Nie służy ona do pomocy jako uchwyt dla odważnych, by dostać się na kamień. Służyła jako uchwyt dla Skackline, czyli luźnej liny. Na której w 2006 roku Christian Schou pobił rekord wysokości Skackline przechodząc prawie sto metrów nad przepaścią. Balansując na luźnej linie nad urwiskiem.

Skoki rowerowe na Kjeragbolten

Kenny Belaey wielokrotny mistrz świata w wyścigach rowerowych mistrzowsko wykonał skok z wysokości dwóch metrów. Był w stanie zatrzymać swój rower w miejscu lądowania. Eskil Rønningsbakken Norweg akrobata cyrkowy. Podróżując po świecie w poszukiwaniu niebezpiecznych miejsc dla swoich wyczynów postanowił balansować na krześle postawionym na słupie zamieszczonym na kamieniu Kjeragbolten. Kręci się w głowie od samego patrzenia. I można zwątpić w siłę grawitacji.

Smutna tajemnica na szlaku Lysefiordu

Szlak na Kjeragbolten owiany jest też pewną smutną tajemnicą. Na którą do dzisiaj nie znaleziono odpowiedzi. W 2002 roku duński uczeń Szkoły Młodzieżowej Tatian Nghun był na wycieczce z kolegami i opiekunami. W połowie szlaku zniknął bez śladu. Pomimo wielotygodniowych poszukiwań z udziałem wspinaczy, nurków i helikoptera nigdy go nie znaleziono.

Martwe owce na Kjeragu

Znaleziono natomiast 15 martwych owiec z 19, które spadły w przepaść Lysefiordu. Według farmera, który stracił 40% stada to pies przestraszył zwierzęta. Winni oczywiście, są ludzie, którzy nie trzymali swojego czworonoga na smyczy, pomimo nakazu jaki obowiązuje na wszystkich szlakach w Norwegii. Pies, który widzi owcę to biegnie za nią. Nawet jeśli nie podejrzewamy go zew krwi to powinniśmy przewidzieć takie rzeczy. To był makabryczny widok i żal zwierząt strasznie.

Legendy i historie Kjeragboltenu

O tym słynnym kamieniu Kjeragbolten opowiadane są też inne legendy. Jedna z nich opowiadała o tym, że kamień miał spaść na ziemię w 2012 roku jako przepowiednia końca Starożytnego Kalendarza. Trwa on do dziś, kto wie może to była duchowa śmierć.

Ale też są inne wesołe historie. Stanie na rękach, joga, zaręczyny, sesje zdjęciowe nowożeńców ubranych w suknie i garnitury ślubne. Sesje golasów z nagimi pośladkami, rowery, motory a nawet owca, która pewnie sama nie wpadła na to by tam wejść. Bo po co jej zdjęcie na Instagramie.

Graffiti na Kjeragbolten

We wrześniu 2011 roku kamień Kjeragbolten został naznaczony graffiti. Niewiarygodne jak ktoś zadał sobie tyle trudu by zrobić tak idiotyczną rzecz. Popisać sprayem kamień, który jest na chronionym obszarze krajobrazu i stanowi jego pomnik. Słabe i normalnie głupie.

Stein Edvardsen lider Klubu Base ze Stavanger leżał na brzuchu kilka godzin, aby usunąć farbę, użył zwykłej szczotki drucianej aby usunąć napis. Nie tak powinna wyglądać dzika natura. Na szczęście kamień odzyskał swoje naturalne piękno.

Billard na Kjeragbolten

Latem 2020 roku pewien Norweg Simen Andreas postanowił zagrać w bilard na Kjeragbolten. On i jego towarzysze wzięli stół bilardowy na plecy i ponieśli na samą górę. Najtrudniejsze było wniesienie stołu na kamień, ale była to krótka runda. Młodzi pomysłodawcy spasowali panikując nad przepaścią ogarnięci lękiem wysokości.

Mijani turyści pytali kto wygrał widząc niosących na plecach stół bilardowy chłopaków. Pomimo, że zbierali pieniądze ze swojej wyprawy na organizację charytatywną, my pytamy, serio?

Wycieczka na Kjeragbolten jest wymagająca. Ale to czyni ją szczególnie atrakcyjną. Ci którzy wybierają się na niego szukają wyzwania i chcą wymagającej podróży. Chcą też pokonać swoje słabości by wejść na kamień. To taka próba sił z własną słabością. A ty co zamierzasz. Czego jeszcze nie było?

1 Email

Preikestolen Public Relations

by Agnieszka

Ambona wygląda jak wycięta nożem. Jest najpiękniejszą rzeźbą matki natury. I największą atrakcją przyrodniczą Norwegii. Na płaskim szczycie klifu znajdziesz jedne z najbardziej urzekających widoków jakie oferują norweskie fiordy.Tu zaspokoisz swoje zmysły.

Jak odkryto Preikestolen

To wygląda jak ambona! Wykrzyknął z pokładu parowca wycieczkowego Król Oskar II. Choć pływając wodami fiordu czasem ciężko go dostrzec nie wytężając wzroku to Król zobaczył w skale wyjątkowość i zainteresował nią świat. Jednak dawniej nikt nie chodził po górach dla przyjemności i zabawy. Tylko jeśli to było konieczne.

Dopiero w 1900 roku zaczęła się turystyczna popularność Preikestolen. Zapoczątkował ją pewien Amerykanin Thomas Peter Randulh, który postanowił dotrzeć do kwadratowej skały przez góry. Od nabrzeża Refså skąd początkowo wyruszano.

Preikestolen dziś

Dziś zapominamy jak daleko jesteśmy naprawdę. Dawniej droga przez góry zajmowała cały dzień wspinaczki a dziś zaledwie godziny. Nowy szlak wyznaczono w 1961 roku. Ma zaledwie 60 lat. Od tego czasu dokonano wielu ulepszeń. Wybudowano nowoczesne schronisko górskie.

Zmodernizowano drogę i parking. Schody budowali Szerpowie z Nepalu. Postawiono oznaczenia. Szlak jest dobrze przygotowany. Prowadzi przez zróżnicowany teren. Różnica wysokości wynosi 334 metry. Momentami jest stromy lecz dostępny dla każdego, kto czuje się na siłach by dotrzeć do celu.

Codziennie autostrady butów tysięcy turystów podążają szlakiem by ból fizyczny zrekompensować widokiem. Bo kiedy zobaczą ostatnia czerwoną literę T na szlaku przed sobą.To cel jest w zasięgu wzroku. Wtedy wysiłek staje się jakby sensowny, wręcz konieczny.

Preikestolen znakiem promocyjnym

Ambona znajduje się po przeciwnej stronie kamienia Kjerabolten. Jest górskim płaskowyżem o rozmiarach 25 X 25 metrów i idealnie wpisuje się w kwadrat. Stoi tak sobie dumnie na 604 metrach nad Lysefiordem. Którego jęzory lodowe wgryzły się 40 kilometrów w głąb lądu z zachodu na wschód.

Spłaszczona skała stała się znakiem promocyjnym regionu Rogaland. Nadano nietypową nazwę temu miejscu. Preikestolen oznacza Kazalnicę bądź Ambonę. Ale jeszcze w latach 50. XX wieku nosiła nazwę Hyvlatånnå. Co w wolny tłumaczeni znaczy Ząb Struga lub Spłaszczony Ząb, ale również Plener.

Preikestolen miejscem rytuałów dawniej i dziś

Organizacja turystyczna chcą uczynić to miejsce bardziej interesującym, takim internasional nadała nazwę Pulpit Rock. Istnieje też nazwa Ambona Kaznodziei. Wynika to z jej ukształtowania, ale niektórzy spekulują, że używano jej do Pogańskich Rytuałów Ofiarnych.

Dziś za to jest miejscem dla innych niebezpiecznych współczesnych rytuałów jak Base Jumping czy Skoki Spadochronowe. Skoczkowie uważają, że Lodowi Giganci tworzyli Preikestolen specjalnie by oni mogli skakać.

Preikestolen czy bezpieczny?

Skała powstała 10.000 lat temu. I to silny mróz uformował Ambonę. Krawędź lodowca znajdowała się wtedy tuż nad górą. Skała ma pęknięcie na kilka metrów w poprzek płaskowyżu. Prawdopodobnie spowodowł ją mróz, który rozsadził inne skały. Zakończyły one na dnie Lysefiordu, ta jedna pozostała. To pokazuje, że któregoś dnia ona również zakończy istnienie na dnie.

Legenda głosi, że kiedy siedem sióstr poślubi siedmiu braci i wszyscy będą pochodzić z Lysefiordu to Ambona pięknie i upadnie do wody. Ale jest to tylko legenda. Wzdłuż fiordu jest niewiele gospodarstw w których żyją ludzie. Szansa na wielodzietną rodzinę z siedmiorgiem rodzeństwa jest raczej nikłe. Ale może. Kto wie. Góra z górą się nie zejdzie. Człowiek z człowiekiem zawsze.

Póki co geolodzy doszli do wniosku, że Ambona jest bezpieczna. Chociaż wchodząc na nią nierozsądnie się wierzy, że płaskowyż straszy by opuścić jego zadeptany teren. Grożąc, że osunie się do fiordu.

Preikestolen i jego ofiary

Pomimo setek tysięcy turystów na krawędziach nie zainstalowano żadnych zabezpieczeń. Pozostawiając to miejsce nietknięte co czyni je bardziej interesującym. Tylko pierwotny instynkt człowieka zatrzymuje go przed krawędzią. Zmysły uginają kolana.

Niestety nie wszystkich to dotyczy w 2013 roku turysta z Hiszpanii spadł z Ambony. Według jego towarzyszy chłopak nagle zniknął, kiedy robił zdjęcia. Policja uznała sprawę jako wypadek, ale później pojawił się komunikat informujący, że być może było to zaplanowane. Prawdy nie ujawniono.

Na Preikestolen wchodzisz na własne ryzyko

Po tym incydencie Stowarzyszenie Turystyczne Stavanger przyznało, że bali się, że to może się zdarzyć. Że to była tylko kwestia czasu zanim ktoś spadnie z Ambony.I stało się. Pozostało mieć nadzieję, że to ostatni raz. Debata na temat bezpieczeństwa toczy się od lat.

Stowarzyszenie nie chce podjąć żadnych działań, może jedynie informować o zagrożenia, powiadamiać o złej pogodzie lub zalodzeniu. Czasem zamknąć szlak. Zatem to ludzie muszą mieć świadomość, że wchodzą na własne ryzyko.

Preikestolen bez zabezpieczeń

Niestety wielu szybko traci uwagę i skupienie. Tylko czy stawianie płotów nie odniesie odwrotnego skutku. Znajdą się tacy co i za ogrodzeniem postanowią zrobić sobie sejfie. Płot stworzy fałszywą rzeczywistość. Odbierze przyjemność podejścia do skraju przepaści.

Gdyby postawiono ogrodzenie więcej ludzi użyłoby go do balansowania nad przepaścią. Teraz ludzie chcą siedzieć na skraju płaskowyżu. Jeśli krawędź stanie się ogrodzeniem staną również za nim. Jest obawa, że może to przyczynić się do większej liczby wypadków, bo chęć przekraczania granic jest wysoka. Zobacz zresztą sam tu i tu.

Pulpit Rock PR-owski dla regionu

Norweskie Towarzystwo Ochrony Przyrody jest zadowolone, że Pulpit Rock cieszy się dużym zainteresowaniem. Ale jest również krytyczne wobec przedsięwzięć, które nie są bliskie natury. Okazało się, że Ambona stała się najlepszym „Pulpitem Public Relations”.

Ale nie wolno zapominać, że zdecydowana większość ludzi przybywa tutaj, aby zaznać spokoju w norweskiej przyrodzie. Istnieje prawdopodobieństwo, że ludzie wkrótce będą zmęczeni komercjalizacją i PR tego miejsca. Problemem z jakim boryka się Preikestolen są helikoptery.

Od 2012 roku bardzo popularne stało się oglądanie Pulpitu z helikoptera zawieszonego zaledwie 150 metrów nad Amboną. Nie jest to komfortowe dla turystów stojących na skale. Ryzyko podmuchu, który porywa plecaki jest niebezpieczne. Powoduje hałas i irytację turystów. Ale niezmiennie helikoptery cieszą się dużą popularnością.

Sporty ekstremalna na Preikestolen

Ambona przyciąga również śmiałków Sportów Ekstremalnych. W 2011 roku ekipa francuzów uprawiających Slackline, czyli chodzenie na linie, umieściła w Internecie swój wyczyn w filmie pt. I believe I can fly. Linę a raczej taśmę rozpięto pomiędzy Amboną a krawędzią sąsiedniego klifu i akrobaci przechodzili po niej, nad przepaścią. Jeden śmiałek nawet bez zabezpieczeń.

Ale dla przeciętnego turysty dużo emocji dostarcza sam widok, choć figur akrobatycznych nie brakuje. Ludzie podchodzą na czworakach, na kuckach, turlają się lub wiją jak węże by dotrzeć do krawędzi. Niestety wielu turystom brakuje wyobraźni i rozsądku. Jak na przykład słynnym rodzicom robiącym zdjęcia do rodzinnego albumu dziecku raczkującemu nad przepaścią.

Preikestolen i reklama

Wiele szumu narobiła też reklama wina, kiedy to australijski producent Wina Lindeman’s wykorzystał Ambonę do promocji swojego różowego trunku. W Norwegii reklam alkoholu zakazano. I choć władze gminy nie odmówiły filmowcom wstępu do Lysefiordu, to nie byli zadowoleni. Uważając, że to powinna być reklama wody nie wina.

Preikestolen i sporty

Podobnie rzecz się miała z marką BMW Art Cars Collection w 2012 roku. Gdy udekorowane auto przyleciało helikopterem by stojąc na Pulpicie promować Targi Naftowe Offshore Norhern Seas. Albo Trójbój Siłowy mający niewiele wspólnego z naturą Norwegii promował na Ambonie Mistrzostwa Świata w tym sporcie.

Hotel na skale Preikestolen

Projekt tureckiego architekta przedstawiający Hotel na Skale z basenem o przeszklonym dnie nad 600 metrową przepaścią obiegł cały świat. Na szczęście burmistrz gminy uznał, że wprawdzie projekt jest spektakularny to raczej nie tak będzie wyglądać Ambona w przyszłości. Możemy odetchnąć.

Turniej szachowy na Preikestolen

Na Skale odbył się również turniej szachowy Chess 2013. Organizator Magnus Carlsen grał w szachy na górskim płaskowyżu przeciwko Mistrzowi Świata Kristofferowi Madlandowi. Przy ogromnej szachownicy z wielkimi figurami na oczach kamer i skubany wygrał.

Bollywood na Preikestolen

W 2006 roku Księżna Mette Marit zaprosiła indyjski przemysł filmowy do Norwegii. A oni potraktowali zaproszenie poważnie i przyjechali. Na Skale nakręcono Bollywoodzki film ,,KO’’. I jedną ze scen tanecznych kręconych na Pulpicie na samym skraju Ambony i wygląda absolutnie dramatycznie. Potrzeba było 30. helikopterów dziennie by nakręcić tą scenę.

Mission Impossible na Preikestolen

Przy okazji zdjęć do filmu Mission Impossible- Fallout w listopadzie 2017 roku. (Zdjęcia planowano na wrześnień, ale Tom Cruise pokiereszował się w poprzednich scenach i przenieśli zdjęcia na listopad). Zamknięto szlak dla turystów na kilka dni.  

Na Ambonie postawiono pięć latarni, dwa baraki i dwie toalety dla obsługi i charakteryzatorów. Wbito 12 uchwytów do wspinaczki i wywiercono sześć śrub montażowych.

W związku z nagraniem gmina Forsand wydała zgodę na możliwość lądowania do 50. helikopterów dziennie. Łącznie 800 lądowań. Premiera filmu odbyła się na samej skale, gdzie 2.000 osób mogło podziwiać Toma Cruisea trzymającego się Pulpit Rock. Zwisającego z pionowej ściany skalnej przez cztery dramatyczne minuty.Skała zamieniła się w sale kinową.

Koncerty na Ambonie

Kiedy w 2013 roku pewien rokowy norweski zespół muzyczny Temet Nosce chciał nagrać teledysk na Ambonie. Dostał odmowę transportu sprzętu helikopterem i musiał cały sprzęt wnosić sam na plecach. Wypowiadali się później, że to niesprawiedliwe. Inne filmy dostały pozwolenia na setki lądowań i choć rozumieją różnice wymiarowe to jednak uważają to za krzywdzące.

Stowarzyszenie Ochrony Przyrody tłumaczyło to ochroną orłów i innych gniazdujących tam gatunków ptaków. Helikoptery mogą latać tylko po skończonym okresie lęgowym. Ponadto gmina skorzystała z większych przedsięwzięć dla promocji regionu. Przy okazji bogacąc się o około 200 milionów koron. (O zatrudnieniu 200 osób przy produkcji nie warto wspominać).

Przepełniony szlak Preikestolen

Niektóre wędrówki zdają się czymś więcej niż tylko wędrówką przez góry. Ambona w Rogaland przyciąga rocznie nawet 330.000 turystów. Na półce skalnej może być nawet 800 osób.Pochodzą z całego świata i wprowadzają bajoński zamęt. Na to, co się wydaje zwykłym norweskim szlakiem turystycznym.

W szczycie sezonu policja interweniuje zawracając turystów kiedy parking jest przepełniony. Na drodze dojazdowej tworzą się korki i chaos. Zdarzają się ofiary wypadków przeceniających swe siły śmiałków lub ofiary śliskich zamszowych półbutów lub sandałów. Zwichnięcia, złamania, skręcenia, zasłabniecia ale i ofiary śmiertelne. Smutna rzeczywistość.

Największa atrakcja Norwegii Preikestolen

To sprawia, że doświadczanie natury zostało całkowicie zrujnowane. Wszędzie widać lasy, ale ludzkich głów i długie kolejki. Więc jeśli chcesz zobaczyć ludzi to tu ich znajdziesz a tłum zaprowadzi Cię do celu.

Albo zostań na noc lub wyrusz o świecie, ale i tak z pewnością nie będziesz sam. Nie szukaj ciszy i samotności. Bo będziesz rozczarowany. To raczej jak pielgrzymka do Sanktuarium Natury a ty jesteś pielgrzymem.

Ale i tak warto, bo to najokazalsza rzeźba natury. A położyć się na krawędzi i spojrzeć w dół gdzie w przepaści majaczą malutkie statki na fiordzie lub puchate kłęby chmur. W nicość. To jest to czego tu szukałeś. Czego chciałeś doświadczyć. Co pozostanie w Tobie na długie lata.

0 Email