Tag

Reine

Lofoty najbardziej atrakcyjny Archipelag ziemi. Turkus wody oceanu, biel piasku, pustkowie rajskich plaż na tle ścian niemal pionowych, poszarpanych szczytów górskich tworzą scenerię jak z powieści Tolkiena.

Podróż przez Lofoty była dla nas pełna oczekiwań, ale i niezapomnianych przeżyć. Stare domy i łodzie wypłowiałe od surowego słońca, targane słonym wiatrem oceanu opowiadają o mijającym czasie i to jest smutne. Ale tam jakby czas i tak się zatrzymał.

Pogoda na Lofotach

Na Lofotach słońce bawi się w chowanego ze szpiczastymi szczytami, by w końcu położyć się nisko nad widnokręgiem Oceanu Atlantyckiego. Musimy się trochę wysilić, żeby znaleźć północne słońce, które tańczy z długimi cieniami.

Potężne pasmo szczytów górskich na Lofotach chroni wioski rybackie od wewnątrz. Broni od sztormów północnego wiatru.

Pogoda na Lofotach jest zabawna, mawiają mieszkańcy. Jedyne co o niej wiesz to, to, że nie wiesz o niej nic. Deszcz i mgła pokrywają szczyty gór i dolin.

Wiatr zamyka mosty nawet w środku lata a temperatura może spaść do jednej cyfry, gdy wiatr jest północno zachodni.

Na północnym wschodzie świeci słońce, ale trzeba nosić czapki. Kiedy wysokie ciśnienie podnosi słupki rtęci są dni ciepłe i pogodne. To czas pogoni za plażami, ale nawet w chłodny, pochmurny dzień, słońce wieczorem wygrywa i rozjaśnia plaże.

Kolorowe wioski mają plecy ze ścian gór. Z Reine, Henningsvær czy innych słynnych miejsc widać oświetlone słońcem szczyty, kiedy my w głębi lądu kąpiemy się w cieniu, one kąpią się w złocie niezachodzącego słońca.

Lofoty są zimne, dzikie i surowe. Mają ostre strome zbocza górskich klifów. Zatoki o beżowym, rajskim piasku plaż, które ukazują się za każdym prawie zakrętem naszej drogi.

Na Lofotach Wieloryby bawią się między wyspami, by wypłynąć na ocean, lub zostają by umrzeć. Orki skaczą wokół łodzi odsłaniając płetwy. Dorsze odradzają się i tańczą ławicami w czasie tarła.

Foki gościnnie, leniwie szukają miejsca na ziemi. Maskonury kochając spokój, oddają popularność Mewom, którym nie przeszkadza człowiek by osiedlić się mu tuż na głową.

Porozrywane wysepki Archipelagu Lofotów są pełne drewnianych stojących na palach, czerwonych lub żółtych domków rybackich Rorbuer walczących z żywiołem wody widać z każdego szczytu.

To niezwykłe połączenie majestatycznych szczytów gór i rozszalałych bałwanów fal Oceanu Atlantyckiego ujrzysz na każdej plaży.

Zapach suszonej ryby, wodorostów i wiatr od morza. Krajobraz folklorystyczny ucieleśnia kulturę narodową która wciąż żyje. A jednak….

Lofoty nas urzekły, ale nie zachwyciły. Najbardziej bolało nas to, że te piękne karaibskie plaże są puste i wyludnione. Tak lodowate dla człowieka. Tak bardzo było nam źle z tym, że nie możemy zanurzyć się w toni lazurowej wody by ochłodzić nagrzaną skórę.

To jakby oglądać góry przez szybę. Nie móc się nimi nacieszyć, poużywać. Do tego palące źrenice słońce, które rozpala zmysły, ale nie ciało. Bo te musi być szczelnie okryte ubraniami, czapkami i szalikami. Wiatr tak silny, że podmuchy wyrywają aparat z ręki.  

A do tego smród. Tak. Smród suszonej ryby. Taki co odbiera apetyt. Taki co wchłania się w skórę, włosy i ubrania. Taki z którym zasypiasz i budzisz się. Albo taki przez którego nie możesz zasnąć i budzisz się.

Nam zabrało to przyjemność pobytu. Na szczęście natura jest majestatyczna, dzika i niebezpieczna. To zrównoważyło nasze rozczarowanie.

Nazwa Lofoty pochodzi gdzieś ze staro nordyckiego słowa Lófót i w dosłownym tłumaczeniu oznacza nogę rysia. Początkowo nazywano tak jedną z wysp, która z lotu ptaka przypomina odcisk nogi rysia.

Potem nazwę zaczęto używać w odniesieniu do całego archipelagu. A oryginalną wyspę nazwano Vestvågøya.

Od kontynentu oddziela je szeroka cieśnina Vestfiordu, który wgryzł się w Półwysep Skandynawski. Poszarpał go na części i wypluł piaskiem białym jak wapno.

Tylko monumentalna przeszkoda górska, czyli ściana Lofotów wyrasta prosto z morza by archipelag nie odpłynął.

Położone 200 kilometrów od koła podbiegunowego wyspy mają powierzchnię 1227 kilometrów 2. Około 25 tysięcy mieszkańców. Którym w życiu przeszkadza 300 tysięcy turystów z całego świata.

Lofoty to bardzo zróżnicowany kulturowo region. Mieszka tu wielu artystów, wielu się z nich wywodzi. Jak na przykład Espolin Johnson, który malował scenerie Lofotów oddając ich piękno obrazom.

Dziś prace mają swoje galerie. To tu toczy się wyspiarskie życie, handel, biznes. Liczne warsztaty pokazują kulturę i sztukę tego klimatycznego miejsca. Celebrują przeszłość.

  • Kuźnia Hansa Gjertsena to miejsce, gdzie gospodarzem jest kormoran Gjertsen a Tor Vegard Markven tworzy wybitne dzieła sztuki.
  • Glas Hytta to miejsce w pięknym budynku z kamienistą plażą nad oceanem. Tu można wypić kawę w towarzystwie pięknych szklanych przedmiotów ręcznie robionych przez Åsvara Tangranda lub je zakupić.
  • Obserwatorium Zorzy Polarnej w Laukvik którego właścicielami są Holendrzy, którzy z miłości do zorzy osiedlili się tutaj. Prowadzą badania zorzy nie tylko na Lofotach, ale na całym świecie. I pomimo tego, że robią to z prywatnego domu współpracują z NASA.

Ryby podczas tarła przypływały w tak dużych ilościach, że dla mieszkańców było ich więcej niż wystarczająco. Dlatego zaczęli napływać rybacy z innych rejonów. Pomieszkiwali w słynnych Rorbuer i zaczęli wysyłać dorsza w świat.

To, dlatego ten dziki archipelag stał się kolebką dorsza. Liczne kontakty z wielkim światem i handlem wpłynęły na rozwój i kulturę tego miejsca. Ucywilizowały je.

Naszą przygodę na Lofotach zaczęliśmy wjeżdżając w głąb archipelagu Lofotów. Przez górzyste wyspy, których jest siedem i prawie wszystkie kończą się na øya. Austvågøya, Gimsøya, Vestvågøya, Flakstadøya, Værøya, Røst i Moskenesøya.

Jechaliśmy jedną drogą, czasem odbijając na boki by zajrzeć we wszystkie kąty porozrywanych wysp.

Drogę łączą mosty i tunele drogi E10 znane jako Droga Króla Olafa, Kong Olavs Vei. Liczy ona sobie 170 kilometrów i kończy się w słynnej osadzie rybackiej o nazwie Å.

To koniec norweskiego alfabetu, ale i świata. Dalej jest tylko ściana gór z niezwykle strzelistymi kształtami.

Piękne majestatyczne, sięgające do 1600 metrów szczyty aż trudno uwierzyć, że są dziełem natury nie człowieka bez ograniczeń. To najstarsze góry, na kontynencie.

Liczą sobie pół miliarda lat i tylko głodny lodowiec mógł je tak pozjadać. Nadgryzając ich 100 kilometrowe granity szczytów górskich ostrymi lodowymi kłami.

Dawniej Lofoty słynęły z wina nie z ryb, ale kiedy Bergen utraciło swój monopol handlowy działalność rybacka zaczęła nabierać tempa. Pod koniec XIX wieku, kiedy powstało połączenie promowe Hurtigruten wyspy zyskały codzienne połączenie ze stałym lądem.

Ryba jest najważniejszym towarem wysp Lofotów. Życie na Lofotach kręci się wokół nich. Ludność od zawsze łowiła ryby przez cały rok, zwykle prowadząc małe gospodarstwa. Jednak największe znaczenie mają sezonowe połowy dorsza norweskiego.

Mało kto nadmienia, że ławice ryb miały swoją cykliczność. Po około 70 latach dobrych połowów ławice znikały na 20 do 30 lat. Cykliczność tą tłumaczono ingerencją boską a w XIX wieku już nie Bogiem a szkodliwymi wynalazkami jak parowce czy latarnie morskie.

I tak każdego roku od stycznia do kwietnia ogromne ilości migrują z północy do obszarów morskich Lofotów by odbyć tarło.

Połów w tych miesiącach zapewnia życie miejscowej ludności od wieków. To co dla nas jest smrodem tu jest prawdziwym błogosławieństwem. 50 tysięcy ton! Taką zawrotną sumę osiąga połów dorsza w tym regionie, nic dziwnego, że to potężny dział gospodarki całego kraju.

Tu ryby pachną pieniędzmi. Stelaże z rybami są przy każdym domu i pod każdym balkonem. A jadąc wzdłuż wybrzeża rozciągają się na kilometry robiąc miejsce na 15 tysięcy kaskad wypatroszonej ryby.

Tak suszone wiatrem i odpowiednią temperaturą ryby mogą być zdatne do zjedzenia nawet przez kilka lat. Suszony kilogram ma tyle wartości odżywczych co pięć kilo świeżej ryby.

Zimą na Lofotach praca w przetwórniach wrze. Rybacy dostarczają pełne kutry dorszy, których flota każdej zimy liczy ponad 30 tysięcy. Na produkcjach ryby są patroszone i odcina im się głowy. Z głów wycina języki. To ponoć specjalność dzieci.

Które wyciągają swoimi małymi rączkami jeszcze mniejsze języczki, które są rarytasem. Smażone lub gotowane w morskiej wodzie.

Wieczorem cały archipelag żyje historiami o walce z falami i ławicami ryb. Zajadając dorszowe mięso ich wątroby czy kawior. Mało kto wie, że dorsza najlepiej jeść na surowo. Jest on twardy i trzeba rzuć go przez parę minut. Początkowo smakuje tak jak śmierdzi.

Trzeba zaparcia i zrozumienia, żeby połknąć go. Kiedy już zmieni się w ustach w jednolitą papkę. Ale uratował na pewno nie jedno istnienie w czasach, kiedy Odyn rządził krajem. Zdobycie go to żaden wyczyn wystarczy kupić w sklepie.

Ubocznym produktem suszonych dorszy był tran pozyskiwany z ich wątroby. Od epoki Wikingów wykorzystywano olej do lamp i impregnowania skór. Wzdłuż wybrzeży oprócz stelaży na ryby były jeszcze specjalne Kadzie do pozyskiwania tranu.

Stosowano prostą metodę, olej wypływał małymi kroplami z rybiej wątroby zawieszonej na hakach, kiedy ta zaczynała gnić i rozkładać się. Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jaki to musiał być smród.

Tutaj na Lofotach proces osiągnął mistrzostwo. Na szczęście aptekarz Peter Møller w 1854 roku opracował nowoczesną metodę maszynowego pozyskiwania tranu za pomocą pary. Tylko on wie czy na potrzeby światła jako paliwo do lamp.

Czy witaminy D w walce z krzywicą. A może zimowej depresji. Pewnie jedno, drugie i trzecie. Nie zmienia to faktu, że stał się bezcenny dla życia mieszkańców. A my jesteś mu wdzięczni, bo metoda jest bez zapachowa.

Svolvær przywitał nas nowoczesnością i współczesnym duchem. Najdalej wysunięte na północ archipelagu nabrzeże to nowoczesne budownictwo, drewno, nikiel i szkło, ale o dziwo robiące dobre wrażenie.

Zapewne większość mieszkań jest hotelami bądź prywatnymi kwaterami dla turystów, ale odnieśliśmy wrażenie, że jest to też miasto młodych.

Dużo firm turystycznych i bardzo zachęcających knajp. I pomimo tego, że mieszka w nim 4,500 mieszkańców robi wrażanie bardzo rozbudowanego.

Takiego co to ma przyszłość. I w którym chce się żyć. Całe pobrzeże to ekspresowe połączenia promowe i trasy morskie na cały świat.

Svolvær to także plac zabaw dla zawodowych rybaków. Tu odbywają się coroczne Zimowe Mistrzostwa Świata połowu dorsza w Svolvær dla amatorów. Taka próba uczczenia rybołówstwa poprzednich epok sięgająca 1000 lat.

Solværgeita to góra koza lub kozia góra ze szczytem przypominającym kozie rogi. Lub autosugestia nazwy powoduje, że widzimy to co widzimy. Ale widzimy też panoramę miasta, a ta urzeka.

Szczyt jest dla alpinistów a dla jeszcze bardziej nielicznych skok z rogu na róg.

Jeśli lubicie wojskowe klimaty Muzeum Wojny, Lofotem Kriegminnemuseum pokaże Wam nawet bombki z podobiznami najważniejszych hitlerowskich dowódców. Bombki choinkowe oczywiście.

Portfel Evy Braun żony Hitlera czy akwarele malowane przez Hitlera. Doprawdy szkoda, że nie został malarzem.

Lofotach są cztery słynne, piękne, podobne do siebie jak bliźniacze siostry Osady Rybackie to Henningsvær, Nusfjord, Å i Reine.

Henningsvær nazywany jest Wenecją Lofotów, bo nie uległ współczesnym trendom architektonicznym. To oczywiście wioska rybacka, ale za to największa na całym archipelagu. To tutaj na bagnach osady znaleziono najstarsze narty w Norwegii datowane na 2 tys lat.

Nusfjord urzeka. To najstarsza i najlepiej zachowana osada i choć nie trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To ta prestiżowa organizacja objęła ja specjalną ochroną jako unikalne środowisko kulturowe związane z architekturą Norwegii.

I słusznie jest w niej coś wyjątkowego. Jest jakby ukryta za skałami małej zatoczki, lecz pozwala odkryć swoje wnętrze. A tym którzy do niej dotrą maja wrażenie, że sami ja odkryli i jej tajemnicę.

Dziwne uczucie ogarnia nas, kiedy docieramy do drogi, która się kończy a dalej nie ma już nic. Koniec. To tu znajduje się Å i Lofoten.

To kolejny skansen architektury rybackiej przekształcone w Muzeum Norweskich Wiosek Rybackich Norsk Fiskeværsmuseum tworzą swoisty skansen.

To tu znajduje się stara wytwórnia oleju Kuźnia i czynne do dziś Piekarnia. Jest też Muzeum Sztokfisza Norsk Tørrfiskmuseum jak przystało na symbol Lofotów, i największy Bank Dorsza.

Tu można zapoznać się z jego dawną historią i współczesnym procesem suszenia. Muzeum wyjaśnia jak dorsz zmienia się w sztokfisza. Pokazuje drogę od szczęśliwego dorsza pływającego w ławicy do szczęśliwego zjadacza go z talerza w norweskim domu.

Obiektem pożądania a zarazem nietypowym problemem tutejszych mieszkańców jest znikająca tablica z jej nazwą. Która potem zdobi ściany turystów złodziejaszków jako trofeum z Lofotów. I nic nie pomogła produkcja kopii tabliczek souvenirów. Tablica dalej znika.

Reine słynne Reine kto nie widział zdjęć o Lofotach na okładkach magazynów i Instagramie. Każdy kto jest nimi zainteresowany. Wprawdzie ta osada nie ma nic do zaoferowania oprócz uroku restauracji to broni się bajkowym pejzażem.

I szczytem Reinebringen który ma 670 metrów n.p.m. i jest jak folder z reklamy Lofotów. Jest tak popularny, że kosztował 7 milionów koron i wymagał ściągnięcia Szerpów z Nepalu.

Ponieważ stary szlak był stromy, śliski niebezpieczny i ludzkie stopy wykopywały liczne kamienie. Przybyli Szerpowie by ochronić zadeptywana górę i ochronić ludzi przez kolejnymi wypadkami.

Położyli 1560 schodów na wysokość 440 metrów n.p.m. Pięknych, kamiennych wijących się prawie na sam szczyt. Prawie, bo do końca brakuje 50 stopni.

Wchodząc ma się wrażenie, że więcej. Sama góra wydaje się wyższa. Widok z góry jest oczywisty. Widzieliśmy go wiele razy, ale na żywo to co innego. Piękne szczyty, porozrywane wyspy, pozszywane nićmi mostów. Warto.

Kiedy dotarliśmy do Kavalvika po północnej stronie Moskenesøya plaża jest miękka i z białym piaskiem. Przykleja się do skóry niczym księżycowy pył. Otoczona jest ostrymi górami.

Po półtorej godzinie wspinaczki dotarliśmy do Ryten na ostry klif stąd widać w dole Kvalsvika. To tu Instagramerzy odkryli zarówno Kvalsvika jak i Ryten, więc nie mogliśmy liczyć na samotność.

Pod Himmeltinden z widokiem na Småtindan po drugiej stronie Steinfjorden leży piękna plaża Uttakleiv z dużymi kamyczkami. The Times nazwał plażę najbardziej romantyczną w Europie, więc możesz przywieść kogoś, kto coś dla Ciebie znaczy.

W Stornågen, niedaleko Kablevåg jest Akwarium z fokami, rybami i życiem morskim. Jest też Kościół Kabelvåg, zwany Katedrą Lofotów. Pochodzi z 1898 roku i jest największym drewnianym budynkiem w północnej Norwegii. Jest też największym kościołem w kraju z miejscami siedzącymi dla 1200 osób.

Muzeum Wikingów na Lofotach Lofotr Viking Museum ma zrekonstruowany statek Wikingów, kopię statku Gokstad z X wieku. Zrekonstruowaną również farmę wodza na podstawie wykopalisk, za rządów Wikingów, których sagi i legendy mieszają się z historią do dziś można poczuć w każdy zakątku tego magicznego miejsca.

Historia ożywa w kopii 83 metrowej Sali Bankietowej znalezionej w Vågan i warsztatach, w których odbywa się tradycyjne rzemiosło. Gdzie znajdują się ekscytujące znaleziska archeologiczne.

Dzięki temu można przenieść się w przeszłość o ponad 1000 lat. Zapach palonego ogniska i statyści ubrani w stroje z tej epoki naśladując życie dopełniają misji.

Røstlandet składa się z 365 wysp, wysepek i wystających skał. Do Værøy i Røst można dotrzeć promem te dwie wyspy mają najłagodniejsze zimy w Norwegii są idealne do produkcji suszonych ryb.

Latarnia Morska Skomvær jest punktem końcowym Lofotów na południu. Stąd jest wiele wysp na północny wschód w kierunku Røstlandet: Hernyken, Trenyken, Ellefsnyken, Storfjellet, Vedøya. Værøy i wyspy w Røsthavet maja klify pełne ptaków. Około 1,5 miliona Maskonurów i Kormoranów, Lundefugl,Toppskarv, gniazduje żerując na morzu.

Najbardziej wysunięta na północ osada Lofotów na południowym krańcu Hinnøya największej wyspy w Norwegii to Raftsundet. Rozciąga się na 20 km na północ otoczona ostrymi szczytami. Które są domem największego stada Orłów Bielików w kraju i rajem dla ornitologów.

Dlaczego odnieśliśmy wrażenie, że ludzie zamieszkujący archipelag z pewną nuta rozdrażnienia, politowania i sarkazmu patrzą na nas przyjezdnych. Albo jak nie patrzą.

Ignorują nas zostawiając wrażenie znudzonych naszą ciekawością, tym, że jesteśmy wszędzie, tym, że wchodzimy nieproszeni do ich łodzi lub domostw.

Zaglądamy na ich podwórka. Przeszkadzamy, naruszamy ich spokój. Komentujemy smród lub zacofaną bądź co bądź architekturę. Zadeptujemy góry, zawłaszczamy dzikie plaże, hałasujemy i zostawiamy bałagan.

Wydaje nam się, że oni wcale nie prosili się o takie zainteresowanie. Ich kontakt ze światem nie jest na ich warunkach.

Mimo, że sami się do tego przecież przyczynili powołując do życia połowy za korony. Kiedyś tak ograniczone. Dziewicze zacofanie to był ich świat, w którym czuli się dobrze. Teraz wielki świat, przyszedł do nich.

Kontakty handlowe, interesy, turystyka, komercja, stały się nieodzowną częścią ich życia. I to ich gniecie. Dlatego my czuliśmy się jak nieproszeni goście, intruzi biorąc udział w tej niezrównoważonej turystyce jaka panuje na Lofotach.

Lofoty to też dolina cieni, gdzie północne słońce nie dochodzi. Szczyty górskie występują we wszystkich odmianach od półgodzinnych po całodniowe wyprawy. Archipelag od setek lat przyjmuje gości z bliska i daleka.

Teraz Twoja kolej by rozkoszować się wszystkim, tym co Lofoty mają do zaoferowania. Krajobraz jest majestatyczny i zapierający dech w piersiach.

Sam region jest mekką dla osób poszukujących bliskiego kontaktu z bezkresem natury. Zorzy, słońca na cudnych plażach, jazdy na nartach, nurkowania, surfingu, wspinaczki, kajaków. Możesz podglądać ptaki i życie morskich potworów.

Weź udział w wyścigu rowerowym by objechać cały archipelag bez przerwy.

Galopuj po plażach przy zachodzącym słońcu na koniach islandzkich.

Pograj w golfa na polu golfowym, które od morza dzieli zaledwie kilka źdźbeł trawy i jej dywanów porośniętych między skałami. Najlepszym polu golfowym w Europie czynnym 24 godziny na dobę.

Poopalaj się na plażach, skałach lub na szczytach. Grzej się północnym słońcem. Spróbuj, poczuj, zachwyć się. Bo to arcydzieło natury połączone z tradycją i historią jej mieszkańców.

1 Email